niedziela, 24 stycznia 2016

5. Witamy w Hogwarcie


Powiększyłam wnętrze kufra kilkakrotnie i spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy, a nawet wcisnęłam miotłę, zmniejszoną do wielkości różdżki. Zamknęłam pokrywę i usiadłam na łóżku, rozejrzałam się po pustym pokoju, patrząc na równo zaścielone łóżka i puste półki. Pod własnością Rona zauważyłam małą, różową mysz, której oczka świeciły się jak czarne koraliki. Wyjęłam ją i zamachałam zabawką na sznurku mojego kota, który smętnie patrzył na mnie spomiędzy krat jego klatki. Odwróciłam wzrok, nie mogąc dłużej wytrzymać tego przeszywającego, zrozpaczonego spojrzenia. 
Naciągnęłam czarne podkolanówki i poprawiłam krawat z godłem Hogwartu, po czym wsadziłam białą, dopasowaną koszulę w spódnicę sięgającą mi lekko przed kolana. Narzuciłam ciemną szatę i zapięłam guziki. Wyjęłam z kufra szczotkę i przeczesałam nią długie włosy, które układały się w piękne fale na moich plecach za sprawą zaklęcia z "Poradnika dla czarownic na każdą okazję", który podarowała mi Ginny, polecając go z całego serca. 
Przejrzałam się w dużym lustrze, krytycznym okiem oceniając swoją sylwetkę. Po chwili doszłam do wniosku, że wyglądałam całkiem nieźle i rzuciłam ostatnie spojrzenie odbiciu, biorąc klatki z sową i kotem. Gestem ręki wprawiłam w ruch kufer, który posłusznie lewitował za mną aż do drzwi wejściowych Grimmuald Place. Zerknęłam jeszcze za siebie na zegar, który wskazywał w pół do dziewiętnastej. Dokładnie za trzydzieści minut odbywała się ceremonia przydziału. 
Dom był całkiem pusty. Rodzice wrócili do pracy, a Harry, Hermiona, Ron i Ginny udali się pociągiem do Hogwartu. 
Nagle poczułam brak ciężaru klatek w swoich dłoniach i odwróciłam się szybko, nie dostrzegając nigdzie kufra.
- Dumbledore je zabrał - mruknął Syriusz.
Podeszłam go niego i przyjrzałam się jego posturze.  Miał na sobie to samo ubranie, w którym był w momencie śmierci, a mimo obecności w obrazie jego oczy nadal miały swoje charakterystyczne, figlarne ogniki. 
- Dobrze wyglądasz - rzucił, zmierzając mnie spojrzeniem od góry do dołu. 
Uśmiechnęłam się i podziękowałam cicho, patrząc na swój strój. Szata odkrywała z przodu większą część mundurka. 
- Jesteś pewna? - zapytał, nie precyzując, jednak wiedziałam, że chodziło mu o Hogwart.
- To polecenie Zakonu - odpowiedziałam pewnie, patrząc mu w oczy. - Jeśli Malfoy coś kombinuje, powstrzymam go. 
Syriusz westchnął i usiadł na fotelu, patrząc w martwy punkt. Przystanęłam z nogi na nogę, patrząc na niego niecierpliwie, kiedy po dłuższej chwili zerknął znów na mnie, mówiąc:
- Szkoda mi tego dzieciaka.
Spojrzałam na niego w szoku.
- Szkoda ci Śmierciożercy? - zapytałam kpiąco, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Syriusz wbił we mnie wzrok i  stanął obok kominka, wpatrując się w ogień.
- Nic nie jest takie, jakie się wydaje, Evangeline. Patrząc tylko oczami, nigdy nie zobaczysz tego, co jest za horyzontem. 



Teleportowałam się cicho za drzewem i rozejrzałam uważnie. Nie widząc nikogo, wyskoczyłam z krzaków i jak gdyby nigdy nic ruszyłam ścieżką, widząc w oddali mury Hogwartu, które przesłonięte były gęstymi drzewami.  Musiałam skupić się na tym, że prawdopodobnie byłam zmuszona sama trafić do Wielkiej Sali, gdzie Tiara Przydziału miała mnie przydzielić do jednego z czterech domów. 
- Evangeline? 
Odwróciłam się szybko. Dostrzegłam Harry'ego i ładną blondynkę w fantazyjnych okularach na głowie. Uśmiechnęłam się szeroko i już znalazłam rozwiązanie problemu z dotarciem do Sali. 
- Co jest z twoim nosem? - zapytałam zdziwiona, wyciągając czarną, zdobioną różdżkę zza pazuchy szaty. 
- Ja... uch, nic takiego - odpowiedział wymijająco.
Nie uwierzyłam mu. Wyraźnie widziałam, że był złamany przez kogoś. 
- Pozwól mi go chociaż naprawić. - Spojrzałam na Lunę, która wpatrywała się gdzieś pomiędzy drzewa. 
- Naprawiałaś kiedyś nos? - zapytał mnie, a ja uśmiechnęłam się niewinnie, kierując różdżkę na złamane miejsce.
- Nie.
Pomyślałam o zaklęciu. Harry krzyknął i skulił lekko, ale jego nos znów był idealnie prosty. Błysnęłam zębami i wyciągnęłam chustkę. Podałam ją chłopakowi, który podziękował i uśmiechnął się z wdzięcznością. 
W drodze do Hogwartu poznałam Lunę Lovegood, która była naprawdę intrygującą postacią. Jej podejście do wszystkiego i wiara w zwierzęta, o których nie miałam pojęcia, była zadziwiająca. 
- Przepraszam, że przeze mnie nie wybrałaś się ze wszystkimi - powiedział ze skruchą Harry, patrząc na nią kątem oka.
- Och, nic nie szkodzi. To tak, jakbym miała przyjaciela - odpowiedziała lekkim tonem, koncentrując uwagę na swoje czarne, sznurowane buty.
- Ale ja jestem twoim przyjacielem - rzekł skonfundowany, a ja spojrzałam na nich dziwnie.
- To nawet miłe. 
Przekroczyliśmy wysoką bramę i odwróciłam się, gdy mężczyźni w szatach aurorskich ją za nami zamknęli. Dumbledore nic nie mówił o wzmożonej ochronie zamku ani o tym, że Aurorzy będą strzegli Hogwartu. 
- Nareszcie jesteście! Jeszcze chwila i nie wpuścilibyśmy was - odezwał się głos z dołu i ujrzałam małego czarodzieja, prawdopodobnie nauczyciela.
Miał ciętą minę, choć miałam przeczucie, że był sympatyczny. 
- Nazwisko? - zapytał, nawet na nas nie patrząc.
- Panie profesorze, zna mnie pan od pięciu lat - powiedział Harry, a on nawet nie zaszczycił go spojrzeniem.
- To nie ma znaczenia, Potter. - Zignorował go i coś zaznaczył.
Prawie dotykał nosem długiego pergaminu z listą uczniów, na co zachichotałam cicho. Nie zwrócił na to uwagi, ale Luna uśmiechnęła się wesoło. 
Przestałam słuchać i rozejrzałam się. Hogwart z tego miejsca był słabo widoczny i byłam za blisko wielkiego budynku, by móc go podziwiać w pełnej krasie. Na środku, na przeciwko wrót, leżał stos kufrów i klatek ze zwierzętami uczniów. Obok stała para Aurorów, w których rozpoznałam znajomych rodziców. 
- A to? Po co ci ten kij, młodzieńcze? - zapytał człowiek wysokiego chłopaka, który miał niebywale jasne, całkiem niekrótkie włosy. 
Miałam wrażenie, że gdzieś go już widziałam.
- To nie kij, tylko laska, kretynie - warknął oschle, wyrywając mu ją z dłoni. 
Miał bardzo ładny, męski głos o niskiej barwie. Pomijając to, że właściwie zawarczał jak rasowy wilkołak. 
- A jeśli zechcesz kogoś tym stłuc?
Chłopak spojrzał na niego i pokręcił głową.
- Już dawno bym to zrobił.
Zaśmiałam się cicho. 
- Nazwisko? 
Otrząsnęłam się i odwróciłam wzrok od chłopaka, któremu przyglądałam się już dłuższy czas. Spojrzałam na nauczyciela stojącego obok nas.
- Daves - odpowiedziałam lekko i zaczęłam się trochę stresować.
Nie miałam pojęcia dlaczego. Zwrócił uwagę na mój krawat, na którym widniały cztery herby domów. 
- Nie wyglądasz mi na pierwszoroczną - powiedział powątpiewająco, badając moją twarz. 
Potrząsnęłam głową z małym uśmiechem.
- Miałam zacząć tu szósty rok.
Profesor tylko odhaczył mojego nazwisko, nie pytając już o nic.
Podniosłam wzrok na chłopaka stojącego niedaleko mnie i zauważyłam, że patrzył w moją stronę. Było ciemno i nie widziałam dokładnie jego twarzy, choć już tej odległości potrafiłam stwierdzić, że był bardzo przystojny. Po chwili podszedł do niego Snape, który powiedział coś cicho do mężczyzny obok blondwłosego i obaj poszli do szkoły. Chłopak przed wejściem do szkoły rzucił mi mały uśmiech, który odwzajemniłam i mój wzrok zatrzymał się na drzwiach, za którymi zniknął. 
- Malfoy - szepnął cicho Harry, a ja zganiłam siebie za to, że go nie rozpoznałam. 
Rzadko kiedy widzi się tak platynowy kolor włosów. Wiedziałam, że skądś go kojarzyłam, a podobieństwo między nim a Malfoyem było uderzające.
- Kim są tamci ludzie? - zapytała cicho Luna, wskazując na osoby stojące obok nas.
- Aurorzy - odpowiedziałam nieświadomie, przyglądając się im. 
Profesor spojrzał tylko na mnie i odpowiedział:
- Tak, panno Daves, to Aurorzy. Będą chronić zamek. 
Nikt już nic nie powiedział. Odeszliśmy w stronę szkoły i przez ramię zobaczyłam, jak niebieska powłoka pojawiła się przy bramie, ciągnąc w górę, po czym stała się przeźroczysta.
Przekroczyliśmy próg zamku i aż stanęłam z wrażenia. Wszystko tutaj było niesamowite. Palące się pochodnie rzucały niezwykłą poświatę na hol i ogromne, złocone wrota. Cienie tańczyły na ścianach, tworząc tajemniczą atmosferę, a wielki łuk odsłaniał ruchome schody, które niemałych kłopotów przyprawiły Weasleyom.
- To nawet po pięciu latach robi wrażenie - mruknął Harry, przyglądając się wszystkiemu.
- To cudownie, panie Potter, a teraz proszę do Wielkiej Sali. - powiedziała Minerwa McGonagall, stojąc na przodzie pierwszorocznych. - Nie wspomnę już, że jesteście pan z panną Lovegood spóźnieni.
Rozlegały się ciche szepty i przez nie udało mi się usłyszeć słowa Harry'ego, który zapewnił mnie o dołączeniu do Gryfonów, twierdząc, że "nie ma innej opcji". Uśmiechnęłam się niemrawo, gdy złapał mnie pocieszająco za ramię i pociągnął Lunę do środka. 
Jedenastolatkowie rozglądali się ciekawie, otwierając usta ze zdumienia. Niektórzy byli poddenerwowani wizją wejścia do Sali pełnej ludzi oraz werdyktem Tiary, która przesądzić miała o ich całym, siedmioletnim pobycie w Hogwarcie. Stanęłam za dziećmi i poprawiłam nerwowo szatę, gdy McGonagall zawołała:
- Tutaj, panno Daves. 
Spojrzałam na nią ponad głowami pierwszorocznych, patrząc na nią błagalnie. Tylko nie na początku.
- Podejdź i stań obok mnie.
Cudnie.
Usłyszałam profesora Dumbledore'a, który donośnym głosem zapowiedział przybycie pierwszorocznych i coś napomknął o Evangeline Daves, która miała zacząć szósty rok. Poczułam, jak mój żołądek zaciska się na supeł i zaczęłam denerwować się tak, jakbym sama miała jedenaście lat.
Wrota otworzyły się same i ujrzałam długi stół nauczycieli, a na środku samego Albusa Dumbledore'a, który dłonie trzymał pod brodą, wpatrując się w przód rzędu. Po dwóch stronach długiego, pustego odcinka znajdowały się po dwa stoły poszczególnych domów. McGonagall ruszyła i zrobiłam to samo. Każdy wpatrywał się nie tyle co w nowych pierwszorocznych, a we mnie, górującą nad jedenastolatkami. Mimo że na zewnątrz emanowałam spokojem, w środku trzęsłam się jak osika na wietrze. Usłyszałam szepty uczniów przy stołach, chłopcy uśmiechali się do mnie, patrzyli na moją twarz i moje ruchy, gdy razem z McGonagall zmierzałyśmy do podestu, na którym na stołu spoczywała Tiara. 
- Dean, jasne, że poznam cię z moją przyjaciółką - powiedział całkiem głośno Ron, patrząc na chłopaka z politowaniem, który uśmiechnął się, gdy spojrzałam na niego.
Hermiona posłała mi mały uśmiech i pokazała dwa palce w górze. Kiwnęłam lekko głową i całkiem odruchowo spojrzałam na stół Ślizgonów, stojący po lewej stronie przy ścianie. Z łatwością dostrzegłam jasne włosy Malfoya, który wpatrywał się we mnie, opierając policzek na dłoni. Obok niego siedział Blaise Zabini, którego miałam przyjemność poznać w sklepie z sowami. 
Podeszliśmy w końcu do stołka, a ja czułam się, jakbym szła tak wieki. Zerknęłam na dyrektora, który siedział na krześle przypominającym tron, a po jego lewicy siedział profesor, który sprawdzał mnie przed wejściem do szkoły. Dumbledore uniósł delikatnie kącik ust, a ja spojrzałam na Tiarę, która nieruchomo spoczywała na drewnianym stołku.
McGonagall stanęła na podwyższeniu, wyciągając długi pergamin z nazwiskami nowych uczniów.
- Gdy wyczytam wasze imię, nałożycie Tiarę i ona przydzieli was do domów - zaczęła i miałam wrażenie, że była już znudzona tą formułką. - Atheboth, Anna.
Ruda dziewczynka usiadła na stołku i zauważyłam, jak trzęsą się jej kolana. Minerwa nałożyła jej czapkę, która zadumała się lekko i po chwili krzyknęła:
- RAVENCLAW! 
Stół Krukonów podniósł owacje, gdy Anna zeskoczyła szczęśliwa ze stołka i pognała do stołu. 
Podniosłam oczy ku sklepieniu i zachwyciłam się niebem usłanym w gwiazdy, które migotały żywo. Z dala dobiegały mnie słowa McGongall i krzyki poszczególnych domów. Zmierzyłam spojrzeniem nauczycieli i dostrzegłam Severusa Snape'a, który znudzonym wzrokiem patrzył na Salę, jakby chciał znaleźć się gdzieś indziej.
Za dużymi oknami Hogwartu widziałam jedynie wszechogarniającą ciemność, która zdawała się pogłębiać z minuty na minutę. Straciłam rachubę czasu, odkąd znalazłam się w Hogwarcie, ale podejrzewałam, że było trochę po dziewiętnastej. Byłam tam tylko chwilę, a już zrozumiałam, dlaczego Harry i Ron tak bardzo cieszyli się z powrotu do szkoły. Zewsząd można było dostrzec magię, która była tu tak naturalna jak woda czy powietrze. Wszystko było niezwykłe i cieszyłam się, że los pozwolił mi tutaj przybyć. 
- Daves, Evangeline - powiedziała głośno Minerwa i spojrzała na mnie ciekawie. 
Dumbledore wyprostował się na swoim siedzeniu.
Weszłam po schodkach i usiadłam ostrożnie na krześle, a nauczycielka nałożyła mi Tiarę na głowę, która momentalnie zakryła mi oczy. Kapelusz krzyknął głośno, a ja omal nie spadłam ze stołka, wystraszona jej nagłym wybuchem. Usłyszałam jej głos w głowie i zaczęła szperać w mojej duszy, odkrywając wszystko, z czego byłam dumna lub czego żałowałam, co zrobiłam i poznawała moje cechy. 
- Kolejny Callière - odezwała się, a ja byłam pełna zdumienia na to dziwne uczucie.
Jakby splotła się z moim sumieniem i przemawiała jako drugi głos, który był słyszalny tylko dla mnie.
- Minęło tak dużo czasu, odkąd twoja matka tu siedziała, a wydaje się, jakby to było wczoraj - zatrzymała się na chwilę, wspominając - Bardzo zdolna, otwarty umysł, a ojciec, Carrington, również utalentowany.
- Twój ród jest wielki i sławny, ma wspaniałą i bogatą historię, czysta krew od pokoleń... Jesteś jedyną szansą na jego przedłużenie, zdajesz sobie z tego sprawę?
- Tak - szepnęłam, zaintrygowana jej mową.
Wiedziałam o swojej rodzinie całkiem sporo, której powstanie datowane było na czas stworzenia pierwszej różdżki. 
- Wiem, po co tu jesteś, Daves...  - prychnęła. - Jak i przeczuwam, co się zdarzy.
- A co się zdarzy? - zapytałam zainteresowana.
Tiara nie odpowiedziała.
- Masz cechy każdego z domów, trudny wybór, doprawdy... arcytrudny - zadumała się. - Jesteś wierna jak Puchonka, inteligencją dorównujesz Krukonom, odwaga jest godna pochwały w Gryffindorze... A sprytem i ambicją niewielu ci konkuruje... Masz ogromną moc, Callière. Bycie Aurorem jest tym, o czym marzysz?
- Oczywiście.
- Nic nie jest takie, jakie się wydaje, Callière. Masz szansę przesądzić o losie wojny, która nas czeka.
Otworzyłam szeroko oczy, widząc ciemność i prawie się zapowietrzyłam, gdy usłyszałam jej słowa. Przytrzymałam się stołka, by z wrażenia nie spaść. Poczułam,  jak ktoś położył mi niespokojnie rękę na plecach. 
- Spokojnie, Callière. Nie będziesz sama. Nigdy.
Mruknęłam coś i nagle rozbolała mnie głowa. Czułam, jakby ciśnienie uderzało w każdą ścianę mojej głowy, rozsadzając ją na pół. Drgnęłam niespokojnie ręką znajdującą się na moim kolanie. 
- Wiem już, gdzie cię przydzielę. To będzie idealny dom  - powiedziała głośno tak, że każdy obecny w Sali usłyszał jej słowa.
- To przeznaczenie sprawiło, że się tu znalazłaś. Dokonasz wielkich rzeczy - szepnęła w mojej głowie, po czym wrzasnęła tak, że niemal zatrzęsły się fundamenty zamku.
- SLYTHERIN!



Rozlega się ogromny aplauz ze strony Ślizgonów, gdy czapka zostaje ze mnie zdjęta. Mrużę oczy w ochronie przed światłem, które boleśnie mnie kłuje. Przez chwilę nie wiem, co się stało ani gdzie jestem, dalej siedząc na stołku, nieprzytomnie patrząc w jeden punkt. Potem rozglądam się i dostrzegam Rona, który przygląda mi się smutnym spojrzeniem. Ciągle nieświadoma i zamyślona, zeskakuję ze stołka i ruszam w stronę stołu Slytherinu.
Mam nadzieję, że Tiara dobrze wybrała. 
Nadal czuję na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w Sali, gdy zmierzam do Ślizgonów.  Kiedy podchodzę, kilka osób macha mi i wskazuje na miejsce obok siebie. Ignoruję ich jednak i ruszam w kierunku Blaise'a, który wymachuje mi ręką jak szalony. Uśmiecham się i kręcę głową z politowaniem, po czym siadam ciężko na drewnianej ławie obok niego.
- Znów się widzimy, Evangeline.
Patrzę na Zabiniego. Odgarniam włosy jednym, zdecydowanym ruchem i mruczę, patrząc na pusty stół, gdy mój żołądek burczy cicho. 
- Dafne Greengrass - odzywa się głos z prawej strony.
Widzę niebrzydką blondynkę, która grzywkę spiętą ma wsuwką. Jej wyraz twarzy wskazuje na uprzejme zaciekawienie. Przedstawiam się i potrząsam jej ręką, na której aż roi się od pierścionków. Na jednym z palców dostrzegam duże "G", wokół którego jakby porusza się wąż. Przypatruję się jednak bardziej i widzę, że nie wykonuje żadnego ruchu, chociaż jego oczy błyszczą delikatnie.
Potem zerkam na osobę siedzącą na przeciwko mnie i na moment przestaję oddychać - Malfoy we własnej osobie! Co do jednego miałam rację - jest niesłychanie przystojny i zaczynam poważnie się zastanawiać, czy nie podpisał jakiegoś paktu z samym diabłem. Następnie dochodzę  do wniosku, że być może to zrobił, jeśli nazwać tak Voldemorta. Wszystko się zgadza. 
- Patrz, Draco, to ta dziewczyna, o której ci mówiłem - zwraca się do niego Blaise, a ten leniwie podnosi wzrok i spogląda najpierw na niego, by później zatrzymać wzrok dłużej na mnie. 
- Draco Malfoy. - Wstaje i podaje mi rękę.
Dotykam dłoni i przenika mnie na wskroś chłód jego bladej skóry. Patrzę mu  w oczy i widzę szaroplatynowe tęczówki, które wyrażają beznamiętność. Mogę przysiąc, że jego oczy, choć były niezaprzeczalnie piękne, nie miały w sobie ani krzty jakiegokolwiek uczucia. Kolorem przypominały lód, który nie topniał, a ich głębia zdawała się pochłaniać mnie całą. Idealnie maskuje swoje emocje, gdy wzrokiem mierzy moją twarz, począwszy od oczu przez usta, a potem wwierca we mnie swoje spojrzenie.  Patrzy na mnie, chowając się za murem, który zbudował i którego nie chce lub nie potrafi zniszczyć.  Czy to chciał przekazać mi Syriusz? Że mam przestać mówić o nim jak o każdym Śmierciożercu? Że mam się przebić przez tę pozornie niezniszczalną przeszkodę i zobaczyć, co naprawdę kryje głęboko w sobie Draco Malfoy?