niedziela, 24 stycznia 2016

5. Witamy w Hogwarcie


Powiększyłam wnętrze kufra kilkakrotnie i spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy, a nawet wcisnęłam miotłę, zmniejszoną do wielkości różdżki. Zamknęłam pokrywę i usiadłam na łóżku, rozejrzałam się po pustym pokoju, patrząc na równo zaścielone łóżka i puste półki. Pod własnością Rona zauważyłam małą, różową mysz, której oczka świeciły się jak czarne koraliki. Wyjęłam ją i zamachałam zabawką na sznurku mojego kota, który smętnie patrzył na mnie spomiędzy krat jego klatki. Odwróciłam wzrok, nie mogąc dłużej wytrzymać tego przeszywającego, zrozpaczonego spojrzenia. 
Naciągnęłam czarne podkolanówki i poprawiłam krawat z godłem Hogwartu, po czym wsadziłam białą, dopasowaną koszulę w spódnicę sięgającą mi lekko przed kolana. Narzuciłam ciemną szatę i zapięłam guziki. Wyjęłam z kufra szczotkę i przeczesałam nią długie włosy, które układały się w piękne fale na moich plecach za sprawą zaklęcia z "Poradnika dla czarownic na każdą okazję", który podarowała mi Ginny, polecając go z całego serca. 
Przejrzałam się w dużym lustrze, krytycznym okiem oceniając swoją sylwetkę. Po chwili doszłam do wniosku, że wyglądałam całkiem nieźle i rzuciłam ostatnie spojrzenie odbiciu, biorąc klatki z sową i kotem. Gestem ręki wprawiłam w ruch kufer, który posłusznie lewitował za mną aż do drzwi wejściowych Grimmuald Place. Zerknęłam jeszcze za siebie na zegar, który wskazywał w pół do dziewiętnastej. Dokładnie za trzydzieści minut odbywała się ceremonia przydziału. 
Dom był całkiem pusty. Rodzice wrócili do pracy, a Harry, Hermiona, Ron i Ginny udali się pociągiem do Hogwartu. 
Nagle poczułam brak ciężaru klatek w swoich dłoniach i odwróciłam się szybko, nie dostrzegając nigdzie kufra.
- Dumbledore je zabrał - mruknął Syriusz.
Podeszłam go niego i przyjrzałam się jego posturze.  Miał na sobie to samo ubranie, w którym był w momencie śmierci, a mimo obecności w obrazie jego oczy nadal miały swoje charakterystyczne, figlarne ogniki. 
- Dobrze wyglądasz - rzucił, zmierzając mnie spojrzeniem od góry do dołu. 
Uśmiechnęłam się i podziękowałam cicho, patrząc na swój strój. Szata odkrywała z przodu większą część mundurka. 
- Jesteś pewna? - zapytał, nie precyzując, jednak wiedziałam, że chodziło mu o Hogwart.
- To polecenie Zakonu - odpowiedziałam pewnie, patrząc mu w oczy. - Jeśli Malfoy coś kombinuje, powstrzymam go. 
Syriusz westchnął i usiadł na fotelu, patrząc w martwy punkt. Przystanęłam z nogi na nogę, patrząc na niego niecierpliwie, kiedy po dłuższej chwili zerknął znów na mnie, mówiąc:
- Szkoda mi tego dzieciaka.
Spojrzałam na niego w szoku.
- Szkoda ci Śmierciożercy? - zapytałam kpiąco, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Syriusz wbił we mnie wzrok i  stanął obok kominka, wpatrując się w ogień.
- Nic nie jest takie, jakie się wydaje, Evangeline. Patrząc tylko oczami, nigdy nie zobaczysz tego, co jest za horyzontem. 



Teleportowałam się cicho za drzewem i rozejrzałam uważnie. Nie widząc nikogo, wyskoczyłam z krzaków i jak gdyby nigdy nic ruszyłam ścieżką, widząc w oddali mury Hogwartu, które przesłonięte były gęstymi drzewami.  Musiałam skupić się na tym, że prawdopodobnie byłam zmuszona sama trafić do Wielkiej Sali, gdzie Tiara Przydziału miała mnie przydzielić do jednego z czterech domów. 
- Evangeline? 
Odwróciłam się szybko. Dostrzegłam Harry'ego i ładną blondynkę w fantazyjnych okularach na głowie. Uśmiechnęłam się szeroko i już znalazłam rozwiązanie problemu z dotarciem do Sali. 
- Co jest z twoim nosem? - zapytałam zdziwiona, wyciągając czarną, zdobioną różdżkę zza pazuchy szaty. 
- Ja... uch, nic takiego - odpowiedział wymijająco.
Nie uwierzyłam mu. Wyraźnie widziałam, że był złamany przez kogoś. 
- Pozwól mi go chociaż naprawić. - Spojrzałam na Lunę, która wpatrywała się gdzieś pomiędzy drzewa. 
- Naprawiałaś kiedyś nos? - zapytał mnie, a ja uśmiechnęłam się niewinnie, kierując różdżkę na złamane miejsce.
- Nie.
Pomyślałam o zaklęciu. Harry krzyknął i skulił lekko, ale jego nos znów był idealnie prosty. Błysnęłam zębami i wyciągnęłam chustkę. Podałam ją chłopakowi, który podziękował i uśmiechnął się z wdzięcznością. 
W drodze do Hogwartu poznałam Lunę Lovegood, która była naprawdę intrygującą postacią. Jej podejście do wszystkiego i wiara w zwierzęta, o których nie miałam pojęcia, była zadziwiająca. 
- Przepraszam, że przeze mnie nie wybrałaś się ze wszystkimi - powiedział ze skruchą Harry, patrząc na nią kątem oka.
- Och, nic nie szkodzi. To tak, jakbym miała przyjaciela - odpowiedziała lekkim tonem, koncentrując uwagę na swoje czarne, sznurowane buty.
- Ale ja jestem twoim przyjacielem - rzekł skonfundowany, a ja spojrzałam na nich dziwnie.
- To nawet miłe. 
Przekroczyliśmy wysoką bramę i odwróciłam się, gdy mężczyźni w szatach aurorskich ją za nami zamknęli. Dumbledore nic nie mówił o wzmożonej ochronie zamku ani o tym, że Aurorzy będą strzegli Hogwartu. 
- Nareszcie jesteście! Jeszcze chwila i nie wpuścilibyśmy was - odezwał się głos z dołu i ujrzałam małego czarodzieja, prawdopodobnie nauczyciela.
Miał ciętą minę, choć miałam przeczucie, że był sympatyczny. 
- Nazwisko? - zapytał, nawet na nas nie patrząc.
- Panie profesorze, zna mnie pan od pięciu lat - powiedział Harry, a on nawet nie zaszczycił go spojrzeniem.
- To nie ma znaczenia, Potter. - Zignorował go i coś zaznaczył.
Prawie dotykał nosem długiego pergaminu z listą uczniów, na co zachichotałam cicho. Nie zwrócił na to uwagi, ale Luna uśmiechnęła się wesoło. 
Przestałam słuchać i rozejrzałam się. Hogwart z tego miejsca był słabo widoczny i byłam za blisko wielkiego budynku, by móc go podziwiać w pełnej krasie. Na środku, na przeciwko wrót, leżał stos kufrów i klatek ze zwierzętami uczniów. Obok stała para Aurorów, w których rozpoznałam znajomych rodziców. 
- A to? Po co ci ten kij, młodzieńcze? - zapytał człowiek wysokiego chłopaka, który miał niebywale jasne, całkiem niekrótkie włosy. 
Miałam wrażenie, że gdzieś go już widziałam.
- To nie kij, tylko laska, kretynie - warknął oschle, wyrywając mu ją z dłoni. 
Miał bardzo ładny, męski głos o niskiej barwie. Pomijając to, że właściwie zawarczał jak rasowy wilkołak. 
- A jeśli zechcesz kogoś tym stłuc?
Chłopak spojrzał na niego i pokręcił głową.
- Już dawno bym to zrobił.
Zaśmiałam się cicho. 
- Nazwisko? 
Otrząsnęłam się i odwróciłam wzrok od chłopaka, któremu przyglądałam się już dłuższy czas. Spojrzałam na nauczyciela stojącego obok nas.
- Daves - odpowiedziałam lekko i zaczęłam się trochę stresować.
Nie miałam pojęcia dlaczego. Zwrócił uwagę na mój krawat, na którym widniały cztery herby domów. 
- Nie wyglądasz mi na pierwszoroczną - powiedział powątpiewająco, badając moją twarz. 
Potrząsnęłam głową z małym uśmiechem.
- Miałam zacząć tu szósty rok.
Profesor tylko odhaczył mojego nazwisko, nie pytając już o nic.
Podniosłam wzrok na chłopaka stojącego niedaleko mnie i zauważyłam, że patrzył w moją stronę. Było ciemno i nie widziałam dokładnie jego twarzy, choć już tej odległości potrafiłam stwierdzić, że był bardzo przystojny. Po chwili podszedł do niego Snape, który powiedział coś cicho do mężczyzny obok blondwłosego i obaj poszli do szkoły. Chłopak przed wejściem do szkoły rzucił mi mały uśmiech, który odwzajemniłam i mój wzrok zatrzymał się na drzwiach, za którymi zniknął. 
- Malfoy - szepnął cicho Harry, a ja zganiłam siebie za to, że go nie rozpoznałam. 
Rzadko kiedy widzi się tak platynowy kolor włosów. Wiedziałam, że skądś go kojarzyłam, a podobieństwo między nim a Malfoyem było uderzające.
- Kim są tamci ludzie? - zapytała cicho Luna, wskazując na osoby stojące obok nas.
- Aurorzy - odpowiedziałam nieświadomie, przyglądając się im. 
Profesor spojrzał tylko na mnie i odpowiedział:
- Tak, panno Daves, to Aurorzy. Będą chronić zamek. 
Nikt już nic nie powiedział. Odeszliśmy w stronę szkoły i przez ramię zobaczyłam, jak niebieska powłoka pojawiła się przy bramie, ciągnąc w górę, po czym stała się przeźroczysta.
Przekroczyliśmy próg zamku i aż stanęłam z wrażenia. Wszystko tutaj było niesamowite. Palące się pochodnie rzucały niezwykłą poświatę na hol i ogromne, złocone wrota. Cienie tańczyły na ścianach, tworząc tajemniczą atmosferę, a wielki łuk odsłaniał ruchome schody, które niemałych kłopotów przyprawiły Weasleyom.
- To nawet po pięciu latach robi wrażenie - mruknął Harry, przyglądając się wszystkiemu.
- To cudownie, panie Potter, a teraz proszę do Wielkiej Sali. - powiedziała Minerwa McGonagall, stojąc na przodzie pierwszorocznych. - Nie wspomnę już, że jesteście pan z panną Lovegood spóźnieni.
Rozlegały się ciche szepty i przez nie udało mi się usłyszeć słowa Harry'ego, który zapewnił mnie o dołączeniu do Gryfonów, twierdząc, że "nie ma innej opcji". Uśmiechnęłam się niemrawo, gdy złapał mnie pocieszająco za ramię i pociągnął Lunę do środka. 
Jedenastolatkowie rozglądali się ciekawie, otwierając usta ze zdumienia. Niektórzy byli poddenerwowani wizją wejścia do Sali pełnej ludzi oraz werdyktem Tiary, która przesądzić miała o ich całym, siedmioletnim pobycie w Hogwarcie. Stanęłam za dziećmi i poprawiłam nerwowo szatę, gdy McGonagall zawołała:
- Tutaj, panno Daves. 
Spojrzałam na nią ponad głowami pierwszorocznych, patrząc na nią błagalnie. Tylko nie na początku.
- Podejdź i stań obok mnie.
Cudnie.
Usłyszałam profesora Dumbledore'a, który donośnym głosem zapowiedział przybycie pierwszorocznych i coś napomknął o Evangeline Daves, która miała zacząć szósty rok. Poczułam, jak mój żołądek zaciska się na supeł i zaczęłam denerwować się tak, jakbym sama miała jedenaście lat.
Wrota otworzyły się same i ujrzałam długi stół nauczycieli, a na środku samego Albusa Dumbledore'a, który dłonie trzymał pod brodą, wpatrując się w przód rzędu. Po dwóch stronach długiego, pustego odcinka znajdowały się po dwa stoły poszczególnych domów. McGonagall ruszyła i zrobiłam to samo. Każdy wpatrywał się nie tyle co w nowych pierwszorocznych, a we mnie, górującą nad jedenastolatkami. Mimo że na zewnątrz emanowałam spokojem, w środku trzęsłam się jak osika na wietrze. Usłyszałam szepty uczniów przy stołach, chłopcy uśmiechali się do mnie, patrzyli na moją twarz i moje ruchy, gdy razem z McGonagall zmierzałyśmy do podestu, na którym na stołu spoczywała Tiara. 
- Dean, jasne, że poznam cię z moją przyjaciółką - powiedział całkiem głośno Ron, patrząc na chłopaka z politowaniem, który uśmiechnął się, gdy spojrzałam na niego.
Hermiona posłała mi mały uśmiech i pokazała dwa palce w górze. Kiwnęłam lekko głową i całkiem odruchowo spojrzałam na stół Ślizgonów, stojący po lewej stronie przy ścianie. Z łatwością dostrzegłam jasne włosy Malfoya, który wpatrywał się we mnie, opierając policzek na dłoni. Obok niego siedział Blaise Zabini, którego miałam przyjemność poznać w sklepie z sowami. 
Podeszliśmy w końcu do stołka, a ja czułam się, jakbym szła tak wieki. Zerknęłam na dyrektora, który siedział na krześle przypominającym tron, a po jego lewicy siedział profesor, który sprawdzał mnie przed wejściem do szkoły. Dumbledore uniósł delikatnie kącik ust, a ja spojrzałam na Tiarę, która nieruchomo spoczywała na drewnianym stołku.
McGonagall stanęła na podwyższeniu, wyciągając długi pergamin z nazwiskami nowych uczniów.
- Gdy wyczytam wasze imię, nałożycie Tiarę i ona przydzieli was do domów - zaczęła i miałam wrażenie, że była już znudzona tą formułką. - Atheboth, Anna.
Ruda dziewczynka usiadła na stołku i zauważyłam, jak trzęsą się jej kolana. Minerwa nałożyła jej czapkę, która zadumała się lekko i po chwili krzyknęła:
- RAVENCLAW! 
Stół Krukonów podniósł owacje, gdy Anna zeskoczyła szczęśliwa ze stołka i pognała do stołu. 
Podniosłam oczy ku sklepieniu i zachwyciłam się niebem usłanym w gwiazdy, które migotały żywo. Z dala dobiegały mnie słowa McGongall i krzyki poszczególnych domów. Zmierzyłam spojrzeniem nauczycieli i dostrzegłam Severusa Snape'a, który znudzonym wzrokiem patrzył na Salę, jakby chciał znaleźć się gdzieś indziej.
Za dużymi oknami Hogwartu widziałam jedynie wszechogarniającą ciemność, która zdawała się pogłębiać z minuty na minutę. Straciłam rachubę czasu, odkąd znalazłam się w Hogwarcie, ale podejrzewałam, że było trochę po dziewiętnastej. Byłam tam tylko chwilę, a już zrozumiałam, dlaczego Harry i Ron tak bardzo cieszyli się z powrotu do szkoły. Zewsząd można było dostrzec magię, która była tu tak naturalna jak woda czy powietrze. Wszystko było niezwykłe i cieszyłam się, że los pozwolił mi tutaj przybyć. 
- Daves, Evangeline - powiedziała głośno Minerwa i spojrzała na mnie ciekawie. 
Dumbledore wyprostował się na swoim siedzeniu.
Weszłam po schodkach i usiadłam ostrożnie na krześle, a nauczycielka nałożyła mi Tiarę na głowę, która momentalnie zakryła mi oczy. Kapelusz krzyknął głośno, a ja omal nie spadłam ze stołka, wystraszona jej nagłym wybuchem. Usłyszałam jej głos w głowie i zaczęła szperać w mojej duszy, odkrywając wszystko, z czego byłam dumna lub czego żałowałam, co zrobiłam i poznawała moje cechy. 
- Kolejny Callière - odezwała się, a ja byłam pełna zdumienia na to dziwne uczucie.
Jakby splotła się z moim sumieniem i przemawiała jako drugi głos, który był słyszalny tylko dla mnie.
- Minęło tak dużo czasu, odkąd twoja matka tu siedziała, a wydaje się, jakby to było wczoraj - zatrzymała się na chwilę, wspominając - Bardzo zdolna, otwarty umysł, a ojciec, Carrington, również utalentowany.
- Twój ród jest wielki i sławny, ma wspaniałą i bogatą historię, czysta krew od pokoleń... Jesteś jedyną szansą na jego przedłużenie, zdajesz sobie z tego sprawę?
- Tak - szepnęłam, zaintrygowana jej mową.
Wiedziałam o swojej rodzinie całkiem sporo, której powstanie datowane było na czas stworzenia pierwszej różdżki. 
- Wiem, po co tu jesteś, Daves...  - prychnęła. - Jak i przeczuwam, co się zdarzy.
- A co się zdarzy? - zapytałam zainteresowana.
Tiara nie odpowiedziała.
- Masz cechy każdego z domów, trudny wybór, doprawdy... arcytrudny - zadumała się. - Jesteś wierna jak Puchonka, inteligencją dorównujesz Krukonom, odwaga jest godna pochwały w Gryffindorze... A sprytem i ambicją niewielu ci konkuruje... Masz ogromną moc, Callière. Bycie Aurorem jest tym, o czym marzysz?
- Oczywiście.
- Nic nie jest takie, jakie się wydaje, Callière. Masz szansę przesądzić o losie wojny, która nas czeka.
Otworzyłam szeroko oczy, widząc ciemność i prawie się zapowietrzyłam, gdy usłyszałam jej słowa. Przytrzymałam się stołka, by z wrażenia nie spaść. Poczułam,  jak ktoś położył mi niespokojnie rękę na plecach. 
- Spokojnie, Callière. Nie będziesz sama. Nigdy.
Mruknęłam coś i nagle rozbolała mnie głowa. Czułam, jakby ciśnienie uderzało w każdą ścianę mojej głowy, rozsadzając ją na pół. Drgnęłam niespokojnie ręką znajdującą się na moim kolanie. 
- Wiem już, gdzie cię przydzielę. To będzie idealny dom  - powiedziała głośno tak, że każdy obecny w Sali usłyszał jej słowa.
- To przeznaczenie sprawiło, że się tu znalazłaś. Dokonasz wielkich rzeczy - szepnęła w mojej głowie, po czym wrzasnęła tak, że niemal zatrzęsły się fundamenty zamku.
- SLYTHERIN!



Rozlega się ogromny aplauz ze strony Ślizgonów, gdy czapka zostaje ze mnie zdjęta. Mrużę oczy w ochronie przed światłem, które boleśnie mnie kłuje. Przez chwilę nie wiem, co się stało ani gdzie jestem, dalej siedząc na stołku, nieprzytomnie patrząc w jeden punkt. Potem rozglądam się i dostrzegam Rona, który przygląda mi się smutnym spojrzeniem. Ciągle nieświadoma i zamyślona, zeskakuję ze stołka i ruszam w stronę stołu Slytherinu.
Mam nadzieję, że Tiara dobrze wybrała. 
Nadal czuję na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w Sali, gdy zmierzam do Ślizgonów.  Kiedy podchodzę, kilka osób macha mi i wskazuje na miejsce obok siebie. Ignoruję ich jednak i ruszam w kierunku Blaise'a, który wymachuje mi ręką jak szalony. Uśmiecham się i kręcę głową z politowaniem, po czym siadam ciężko na drewnianej ławie obok niego.
- Znów się widzimy, Evangeline.
Patrzę na Zabiniego. Odgarniam włosy jednym, zdecydowanym ruchem i mruczę, patrząc na pusty stół, gdy mój żołądek burczy cicho. 
- Dafne Greengrass - odzywa się głos z prawej strony.
Widzę niebrzydką blondynkę, która grzywkę spiętą ma wsuwką. Jej wyraz twarzy wskazuje na uprzejme zaciekawienie. Przedstawiam się i potrząsam jej ręką, na której aż roi się od pierścionków. Na jednym z palców dostrzegam duże "G", wokół którego jakby porusza się wąż. Przypatruję się jednak bardziej i widzę, że nie wykonuje żadnego ruchu, chociaż jego oczy błyszczą delikatnie.
Potem zerkam na osobę siedzącą na przeciwko mnie i na moment przestaję oddychać - Malfoy we własnej osobie! Co do jednego miałam rację - jest niesłychanie przystojny i zaczynam poważnie się zastanawiać, czy nie podpisał jakiegoś paktu z samym diabłem. Następnie dochodzę  do wniosku, że być może to zrobił, jeśli nazwać tak Voldemorta. Wszystko się zgadza. 
- Patrz, Draco, to ta dziewczyna, o której ci mówiłem - zwraca się do niego Blaise, a ten leniwie podnosi wzrok i spogląda najpierw na niego, by później zatrzymać wzrok dłużej na mnie. 
- Draco Malfoy. - Wstaje i podaje mi rękę.
Dotykam dłoni i przenika mnie na wskroś chłód jego bladej skóry. Patrzę mu  w oczy i widzę szaroplatynowe tęczówki, które wyrażają beznamiętność. Mogę przysiąc, że jego oczy, choć były niezaprzeczalnie piękne, nie miały w sobie ani krzty jakiegokolwiek uczucia. Kolorem przypominały lód, który nie topniał, a ich głębia zdawała się pochłaniać mnie całą. Idealnie maskuje swoje emocje, gdy wzrokiem mierzy moją twarz, począwszy od oczu przez usta, a potem wwierca we mnie swoje spojrzenie.  Patrzy na mnie, chowając się za murem, który zbudował i którego nie chce lub nie potrafi zniszczyć.  Czy to chciał przekazać mi Syriusz? Że mam przestać mówić o nim jak o każdym Śmierciożercu? Że mam się przebić przez tę pozornie niezniszczalną przeszkodę i zobaczyć, co naprawdę kryje głęboko w sobie Draco Malfoy? 

czwartek, 14 stycznia 2016

4. Pokątna

Miało nie być rozdziału, a jednak dodaję. Musiałam napisać kilka słów właśnie dzisiaj, czternastego stycznia dwa tysiące szesnastego roku. Alan Rickman przegrał walkę z chorobą, której się nie pokłonił, a zaciekle walczył. O życie, przyszłość, aby móc patrzeć pogodnie na jutro.
Dlatego wstawiam tutaj te słowa, by móc połączyć się bólem z innymi fanami Harry'ego Pottera i Severusa oraz powoli poradzić sobie ze stratą. Bo niewątpliwie Śmierć ponownie zebrała żniwo i odebrała nam kogoś, kto pokazał, czym jest prawdziwa miłość.

Uczcijmy minutą ciszy człowieka, który dziś odszedł i znalazł się w lepszym miejscu.



Różdżki w górę!


~



Nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam na Pokątnej, a już tym bardziej nigdy kilka dni przed rokiem szkolnym. Ludzie niemal nachodzili na siebie, nie mieszcząc się w i tak szerokich ulicach. Szpiczaste czapki czarownic ograniczały mi pole widzenia, które i tak było niewielkie przez wysokie postaci czarodziejów. Jedynym dźwiękiem, który słyszałam, był wielki hałas tak głośny, że nie rozróżniałam swoich myśli, a strzępki rozmów zlewały się ze sobą, tworząc potok niezrozumiałych dla mnie słów. Stanęłam na palcach i wskazałam Bank Gringotta, którego dach widziałam na horyzoncie, a Tonks kiwnęła głową, nie próbując nawet przekrzyczeć rozgardiaszu.
Przekroczyłyśmy próg budynku i przeszłyśmy przez duży hol, po stronach którego ustawione były stanowiska goblinów. Nie zwracały zbytniej uwagi na przybywających, zajęte swoją pracą, a jednak czułam się nieswojo, gdy kilka z tych stworzeń zaczęło mnie bacznie obserwować, jakby widząc we mnie potencjalnego złodzieja. Ich małe oczka świdrowały nas, śledząc każdy ruch.
Przy kontuarze stała jakaś kobieta z na oko jedenastoletnim chłopcem. Dziecko zachwycone rozglądało się wokół, wyciągając krótką szyję jak najwyżej i nagle jego palec wystrzelił w górę. Pociągnął uporczywie kobietę za rękaw i pokazał coś, błyszczącymi oczami z podekscytowania przyglądając się sufitowi. Kobieta zerknęła tylko i kiwnęła głową, łapiąc go za rękę oraz przyciągnęła dziecko do siebie. Spojrzałam na punkt, który pokazywał i moim oczom ukazał się wspaniały, kryształowy żyrandol zawieszony wysoko nad nami. Był piękny.
- Nie mamy jakiegoś klucza czy coś? - zapytałam Tonks, obserwując, jak goblin podaje złoty kluczyk kobiecie.
Tonks zachichotała cicho.
- Chyba żartujesz. Wasz skarbiec jest zbyt stary, żeby był zamknięty na jakiś marny kluczyk.
Uniosłam brwi, czując się co najmniej głupio. Nie miałam pojęcia, jak wyglądała nasza skrytka i co w niej było.
Kobieta wreszcie oddaliła się, a jej syn poszedł posłusznie z nią. Przesunęłyśmy się w lewo.
- Słucham? - zapytał goblin, patrząc na nas podejrzliwie.
Tonks odchrząknęła i powiedziała poważnie:
- Evangeline Carrington chciałaby otworzyć swoją skrytkę.
Goblin wychylił się za kontuar i przyjrzał mi się badawczo, mierząc każdy centymetr mojej twarzy z zadziwiającą dokładnością. Zmrużył oczy i zawołał któregoś z goblinów. Ten przyszedł i podał mu dziwny przedmiot.
- Próbnik tożsamości. Przy zejściu na najniższe piętra potrzebna jest identyfikacja godności - wyjaśnił nowoprzybyły goblin, machając rzeczą wokół mnie.
Goblin podał rzecz pracownikowi obsługującemu nas, a ten przyjrzał się mu i spojrzał na mnie.
- Jedyny dziedzic rodu Callière - mruknął, a w jego głosie pobrzmiewała nuta zdziwienia.
Zerknęłam na Tonks, a ta wzruszyła tylko ramionami.
- Za mną - rzucił przez ramię goblin i udałyśmy się za nim.
Zeszliśmy w podziemia i usiedliśmy w dziwnym pojeździe znajdującym się na szynach. Całe pomieszczenie było ogromne i mroczne, cienie tańczyły złowrogo na ścianach, które rozświetlane były jedynie słabo tlącymi się pochodniami. Machina ruszyła nagle i mocno szarpnęło nami do tyłu. Świszczało mi w uszach, gdy z zawrotną prędkością pokonywaliśmy kolejne piętra, Przed nami pojawiła się woda, przez którą przejechaliśmy i aż zaszczękałam zębami na jej przenikające zimno.
- Wodospad Złodzieja - szepnęła Tonks.
Był jednym z zabezpieczeń Banku Gringotta. Zmywał wszelkie przebieranki, niwelował nawet działanie Eliksiru Wielosokowego. Nie bez powodu bank został okrzyknięty najbezpieczniejszym miejscem na świecie zaraz po Hogwarcie.
W końcu pojazd się zatrzymał przed ogromnymi wrotami.
- Potrzymać. - Podał mi lampę, a sam wyszedł z pojazdu.
- Oddać.
Stanęłam na twardym gruncie, przyglądając się goblinowi. Wyciągnął dłoń z długimi szponami i przejechał nią pionowo po drzwiach, a z każdym jego ruchem zamki otwierały się, wydając cichy odgłos. W końcu stanął z boku i wrota otworzyły się przed nami, ukazując majątek mojej rodziny.
Otworzyłam usta z wrażenia, widząc stosy piętrzących się galeonów. Pomieszczenie było wielkie i błyszczące od znajdujących się w nim skarbów. Oprócz monet znajdowały się tam puchary, sztabki, niektórych rzeczy nawet nie potrafiłam nazwać. Weszłam do skarbca sama, odwracając się w stronę Tonks, która urzeczona wpatrywała się w zawartość skrytki.
- Cholera, Ev, naprawdę jesteś arystokratką - szepnęła, podchodząc do mnie.
Zaśmiałam się, patrząc na nią kątem oka.
- Nie wiedziałam, że miałaś jakieś wątpliwości - powiedziałam, czekając na jej reakcję.
- Nie miałam, ale zobaczyć coś takiego... Nie jesteś stereotypowym arystokratą, dlatego łatwo o tym zapomnieć.
- Czyli powinnam tępić czarodziejów półkrwi i  z mugolskich rodzin oraz uważać się za lepszą?
- Merlinie, nie! Odwołuję wszystko - żachnęła się, a kolor jej włosów zmienił barwę na zieloną.
Pokiwałam z uśmiechem  głową i wyjęłam sakiewkę. Powiększyłam jej wnętrze zaklęciem i stanęłam jak słup.
- Ile ja mam tego wziąć? - zapytałam, patrząc na złoto.
- To zależy, czy oprócz standardowych zakupów chcesz kupić coś jeszcze, panno Callière ze starożytnego rodu czarodziejów.
Spojrzałam na nią spod byka i zgarnęłam galeony, nie licząc dokładnie, ile brałam.
- Nie zapomnij o miotle i Hogsmeade - Puściła mi oczko.
Spojrzałam na nią, stojącą w wejściu.
- Sugerujesz, że mam dołączyć do drużyny Quidditcha? - rzuciłam, zastanawiając się nad jej pomysłem, gdy kiwnęła głową.
Mój tata i dziadek byli ścigającym w drużynie Gryfonów i pewnie cieszyłby się, gdybym podtrzymała tradycję. Co innego, jeśli trafiłabym do innego domu. Nie byłby już taki zadowolony, gdybym zdobyła puchar jako szukający przeciwnikom. Ależ ty jesteś pewna siebie.
- Dobra - oświadczyłam i zagarnęłam jeszcze sporą garść galeonów.



W przeciągu dwóch godzin odwiedziłyśmy aptekę pana Mulpeppera, by Tonks mogła kupić potrzebne składniki do eliksirów Zakonowi, sklep z kotłami, w którym zakupiłam zwykły kociołek, Esy i Floresy, a gdy chwyciłam wszystkie książki potrzebne na szósty rok, nogi się pode mną ugięły. Tonks, podobnie jak wszystkie zakupy, przeniosła je chwilę później na Grimmuald Place. Najwięcej czasu spędziłyśmy jednak u Madame Malkin, gdzie przemiła kobieta postawiła mnie na stołku i zmierzyła dokładnie całe moje ciało.
Gdy zeszłam z krzesła, a pani Malkin kazała poczekać na uszytą szkolną szatę, przyjaciółka porwała mnie do stojaków, pokazując balowe suknie. Przesuwała wieszaki w zawrotnym tempie, szukając najładniejszej. Przystawiła jedną z nich do mnie, okiem krytyka lustrując moją posturę:
- Cholera, dlaczego nie rosłaś, gdy miałaś na to czas? - mruknęła, odkładając sukienkę.
Założyłam ramiona na piersi i spojrzałam na nią wzrokiem Bazyliszka. Tonks tylko poczochrała mnie po włosach i rozbawiona patrzyła na mnie, gdy warknęłam, usilnie próbując poprawić fryzurę. Odwróciłam się i wyjęłam pierwszą lepszą suknię i pokazałam ją dziewczynie. Sukienka była niebywale ozdobna, oślepiająca blaskiem mieniących się różnokolorowych cekinów.
- Będzie pasowała ci do włosów - rzuciłam złośliwie, patrząc na nią zadowolona ze swojej wyjątkowo ciętej uwagi.
Tonks tylko spojrzała na mnie i zaciskając usta w cienką linię, wróciła do przeglądania sukien.
- Panienko, twoja szata jest gotowa. - Kobieta podała mi torbę z ubraniem i podziękowałam grzecznie, pożegnałam się i wyszłyśmy ze sklepu.
Następnie odwiedziłyśmy miejsce z piórami mieszczące się zaraz obok Madame Malkin, aż w końcu dotarłyśmy do sklepu z miotłami i przyborami. Urzeczona stanęłam przed wystawą, wpatrując się w Błyskawicę. Jej trzon był wypolerowany i lekko odbijał słońce, a żelazne obręcze ukazywały nasze postacie. W wyobraźni już śmigałam na tej miotle w przestworzach, moje długie, ciemnobrązowe włosy rozwiewał wiatr, a ja gnałam z zawrotną prędkością, zostawiając wszystkie zmartwienia pode mną.  Pociągnęłam szybko Tonks do środka.
Pomieszczenie pachniało drewnem i środkami polerującymi. Półki wypełnione były różnymi przedmiotami do Quidditcha, począwszy od kafli po pałki dla pałkarzy. Chwyciłam złotego znicza i przyjrzałam się małej, złotej piłce, która na mojej dłoni rozwinęła skrzydła i pofrunęła przed moją twarz. Powędrowałam za nią wzrokiem, skupiona na jednym, zdobionym punkcie, gdy machając szybko skrzydłami, przemieszczała się z jednego boku mojej głowy do drugiego. Rozpoznawszy moment, chwyciłam ją szybko w dłoń i odłożyłam do pudełka.
- Refleks szukającego - odezwał się głos za mną.
Odwróciłam się szybko i dostrzegłam staruszka z dobrotliwym uśmiechem. Uśmiechnęłam się nieśmiało, gdy spojrzał na mnie i odwrócił się lekko.
- Potrzebujesz miotły - stwierdził lekko  i podszedł do stanowiska.
Mężczyzna wyjął jedną z nich. Dostrzegłam na jej czarnej rączce napis "Nimbus 2001".
- To jedna z najszybszych stworzonych mioteł.
Odłożył ją i pokazał mi kolejną.
- W zasadzie... To myślałam nad tą miotłą. - Podeszłam do wystawy i ponownie zachwyciłam się nad prostym, choć eleganckim wyglądem przedmiotu.
Staruszek spojrzał na obiekt mojego zachwytu i jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu.
- Błyskawica? To najdroższa miotła - Podniósł ją i przyjrzał się jej.
Jego białe, krzaczaste brwi powędrowały  w górę, kiedy pokiwałam głową z uśmiechem.
- Dobrze, cóż, witki z brzozy są wydajne przy wysokich lotach, a leszczyna gwarantuje dynamiczność - wyjaśnił, przystając w wejściu na zaplecze.
Bez wahania odpowiedziałam.
- Leszczyna.



- No co? - zapytałam Tonks, gdy wyszłyśmy ze sklepu.
- Nie wierzę, że kupiłaś coś tak drogiego. - Pokręciła głową, patrząc, jak z zachwytem przyglądałam się miotle.
- To nie coś, tylko Błyskawica - rzuciłam obronnym tonem, głaskając śliskie, czarne opakowanie.
- Jesteś chora.
- I jestem twoją najlepszą przyjaciółką - Wyszczerzyłam się i odesłałam pakunki do domu na Grimmuald Place.
Ostatnim punktem było Centrum Handlowe Eeylopa, ponieważ zapragnęłam mieć własną sowę. Naszego rodzinnego puchacza Edwarda nie mogłam zabrać ze sobą, bo był potrzebny rodzicom, a i tak chyba mnie nie lubił. Dziobał mnie, gdy próbowałam odebrać list, a potem hukał, jakby śmiał się ze mnie i mojego czerwonego od krwi palca.
Obok znajdowała się magiczna menażeria, od której Tonks siłą musiała mnie odciągnąć. Wiedziała, że jeśli pozwoliłaby mi tam wejść, kupiłabym prawdopodobnie kolejne zwierzę. Wychodziłam z założenia, że Vincenta i tak nic nie zastąpi, chociaż jakimś puszkiem pigmejskim czy pufkiem nie pogardziłabym.
W sklepie klatki z hałasującymi sowami piętrzyły się po sam sufit. Zewsząd dobiegało mnie popiskiwanie, a ptaki mniejsze i większe poruszały się niespokojnie po żerdzi. W pomieszczeniu było kilka osób, każda z nich zajęta była podziwianiem pięknych zwierząt. Obejrzałam niektóre z nich dokładnie, napawając się ich upierzeniem i kolorem oczu. Rozpoznałam w nich sowę śnieżną podobną do Hedwigi, Świstoświnki Weasleyów i Edwarda.
Wybór był bardzo trudny. Jedna z sów, gdy tylko do niej podeszłam, łypnęła na mnie groźnie żółtymi ślepiami. Wycofałam się szybko i odwróciłam wzrok. Patrzyłam na każdą z piszczących sów i wtedy ją zobaczyłam. Była przepiękna. Duża, jej upierzenie było białe z wieloma brązowymi piórami, idealnie ze sobą współgrającymi. Miała sporą, proporcjonalną głowę i ciemne obramowanie, wokół oczu i raczej niewielkiego dzioba miała kremowo-białe cętki. Jej szyja pokryta była małymi, brązowymi piórkami z białymi akcentami. Za to największą uwagę zwracały jej oczy. Były ciemne niczym bezgwiezdna noc.
Sowa była idealna. Ptak jako jedyny w całym pomieszczeniu milczał, świdrując mnie spojrzeniem ciemnych oczu. Chwilę wpatrywałyśmy się w siebie, nie mogłam odwrócić wzroku od jej ślepi. Czułam, jakby dogłębnie mnie przenikała, wkradając się w moją duszę i wszystko odkrywając.
Otrząsnęłam się i uśmiechnęłam do swojej sowy, wyciągając ręce po klatkę. Stanęłam na palcach i próbowałam dosięgnąć uchwytu, jednak bezskutecznie. Cholera jasna, warknęłam w myślach i już odwracałam się do Tonks, by ją zawołać, gdy ręka należąca bez wątpienia do czarnoskórej osoby chwyciła bez problemu rączkę. Miałam zamiar nawtykać delikwentowi za kradzież mojej sowy, gdy postać podała mi ją. 
Spojrzałam w lewo i zobaczyłam klatkę piersiową chłopaka. Zadarłam głowę i ujrzałam mały, tajemniczy uśmiech przyczepiony do przystojnej twarzy. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za zdjęcie klatki. Myślałam, że po tym odejdzie, ale on został i wyciągnął prawą dłoń.
- Blaise Zabini.
Gdzieś na pewno słyszałam to nazwisko, ale w tamtej chwili nie mogłam sobie przypomnieć.
Barwę głosu miał ładną, chociaż doszukałam się w niej czegoś zarozumiałego. Typowy głos arystokracji.  
Musiałam się przedstawić. Nie mogłam użyć swojego prawdziwego nazwiska, bo od razu wiedziałby, kim jestem. Moi rodzice byli znanymi Aurorami, bądź co bądź. Byłabym spalona na samym początku. 
- Evangeline Daves- odpowiedziałam szybko, podając mu dłoń. 
Użyłam nazwiska znanej mugolskiej aktorki, do której wzdychał Ron. W Norze nawet miał jej album ze zdjęciami i  wszelkimi informacjami. Ona jako pierwsza przyszła mi do głowy, niestety. Merlinie, on mi nie da spokoju. 
Potrząsnął lekko moją dłonią, a jego uśmiech poszerzył się. Włożył  ręce w kieszenie czarnych spodni. Przyjrzał mi się i zmarszczył brwi, mówiąc:
- Nie widziałem cię w Hogwarcie - stwierdził.
Potrząsnęłam głową.
- Bo mnie tam nie było - odpowiedziałam krótko. 
Pokiwał głową, uśmiechając się półgębkiem. 
- Tak myślałem. Mało jest tam takich ślicznych dziewczyn jak ty, od razu bym cię zapamiętał  - rzucił z rozbrajającym uśmiechem, a ja zdębiałam.
Podrywał mnie i wcale się z tym nie krył. Moje policzki zrobiły się czerwone i nie wiedziałam, jak miałam odpowiedzieć. Blaise był bardzo pewny siebie i czułam się przez to niezręcznie.
- Dzięki - mruknęłam prawie niesłyszalnie, błądząc wzrokiem po sklepie.
- Nie musisz dziękować za prawdę - Puścił mi oczko i rozejrzał się, nie dając mi możliwości odpowiedzenia. 
- Jesteś tu sama?
- Z przyjaciółką, ale...
Odruchowo zerknęłam na Tonks, która zarzucony miała kaptur na głowę i wyglądała przez okno sklepu. Od razu zrozumiałam jej zamiar, więc popatrzyłam na ludzi dla niepoznaki, by nie nabrał podejrzeń.
- Ale wyszła. - Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na niego, patrząc na jego mimikę. 
Wewnętrznie odetchnęłam. Przestąpiłam z nogi na nogę, odczuwając ciężar klatki z sową.
- Mam nadzieję, że widzimy się w Hogwarcie - rzucił i zaczął się oddalać. 
Kiwnęłam głową i dmuchnęłam w kosmyki włosów wpadające mi do oczu. Wypuściłam powietrze z płuc, gdy Tonks podeszła do mnie, zdejmując kaptur. 
- Zabini - mruknęła, roztrzepując krótkie włosy. - Jeśli on tu jest, jego kolega Śmierciożerca też musi gdzieś być.
Kiedy Tonks wypowiedziała swoim melodyjnym głosem nazwisko chłopaka, od razu przypomniałam sobie, skąd je kojarzyłam. Był synem Śmierciożercy i kobiety, która słynęła z... hobby do zmieniania sobie mężczyzn i zagarniania ich majątków. 
Zapłaciłam za sowę i przeniosłam ją na Grimmuald Place. 
Wyszłyśmy z Pokątnej i pożegnałyśmy się. Tonks teleportowała się do Ministerstwa, ja zaś do domu Blacków. Potarłam kark i weszłam do kuchni, która świeciła pustkami. Przystanęłam i zaczęłam nasłuchiwać, dziwiąc się bezwzględnej ciszy, która panowała w dużym domu. Wzruszyłam potem ramionami i wzięłam coś do jedzenia, po czym udałam się na piętro do pokoju. Napotkałam wokół łóżka ogrom rzeczy, które kupiłam na Pokątnej. Musiałam przyznać, że kilka rzeczy było mi zupełnie zbędnych.
Zjadłam szybko, czym uciszyłam burczący żołądek i usiadłam na łóżku. Spojrzałam na Vincenta, który siedział na podłodze i zamiatając ogonem kurze, z nastroszonymi uszami przyglądał się ciekawie ptakowi. Podejrzewałam, że zastanawiał się, jakby smakowała i ile miałby z nią zabawy. 
- Nic z tego, kocie. - Pogłaskałam go i podrapałam za uchem.
Wstałam do sowy i wsadziłam ostrożnie palec między kratki. Ptak popatrzył chwilę na niego i dziabnął mnie lekko, ale nie było to bolesne. Otworzyłam klatkę i dotknęłam ją, po czym pogłaskałam po miękkich piórach. 
Podeszłam do książek i wyjęłam pierwszą. z brzegu. Przewertowałam podręcznik do Obrony przed Czarną Magią, zapoznając się z przypadkowymi zaklęciami. Westchnęłam ciężko, gdy któreś z kolei zaklęcie było mi dobrze znane. Zamknęłam książkę z hukiem, mimochodem rzucając okiem na okładkę. Mały, złoty napis umieszczony był na dole, informujący o nazwisku autorki - "Eleonora Blacksild". Spojrzałam na sowę, która przyglądała mi się ciemnymi, hipnotyzującymi ślepiami. 
- Eleonora. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się, gdy sowa zahukała cicho.



Weasleyowie wrócili przed zmierzchem i szumnie weszli do pokoju, w którym czytałam podręcznik do Transmutacji. 
- Zgadnij, co to jest. - Wyciągnął dłoń, patrząc na mnie z rosnącym podekscytowaniem.
Przyjrzałam się małemu węglikowi i spojrzałam na niego powątpiewająco. 
- Peruwiański proszek natychmiastowej ciemności? - zapytałam, a uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Nie. Tak. Nie jakiś zwykły proszek, masz nas za osły? - oburzył się Fred.
- To proszek gigantycznej ciemności! Nasz nowy wynalazek - oświadczyli z dumą, jakby co najmniej wynaleźli przeciwzaklęcie na Avadę Kedavrę.
- Gigantyczna ciemność, hm? 
- No, natychmiastowa ciemność działała tylko na mały obszar. Gigantyczna działa na wszystko! Moglibyśmy zgasić światła w całym Hogwarcie albo nawet na całym świecie! 
- Nie zapędzajcie się tak - powiedziała poważnie Hermiona, wchodząc do pokoju, w dłoni trzymała szklankę z sokiem dyniowym. 
Popatrzyłam tylko na nich i przeczuwając kłótnię, zatopiłam się z powrotem w lekturze. 



Niemal oszaleli, gdy powiedziałam im o Hogwarcie. Ron prawie wyrwał swoje rude włosy z głowy i zaczął wykonywać ruchy, które prawie przypominały jakikolwiek taniec. Potem przytulił mnie mocno i niemal złamał mi żebra.
Nie pytali o nic. ale usiedli w kółku i zaczęli gdybać, ile czasu Malfoy będzie potrzebował, aby stać się Śmierciożercą. Usiadłam z nimi, chociaż byłam cicho. Jeśli dowiedzieliby się, że prawdopodobnie już nim został, pogrążyliby go jeszcze bardziej. Jasnym było, że jedynym, co ich łączyło, była nienawiść.



środa, 6 stycznia 2016

3. Spotkania i decyzje

Króciutki. Obiecuję, że następny będzie dłuższy! Tymczasem zapraszam do czytania i komentowania. Za każdy wpis pięknie dziękuję!

__

Patrzyłam, jak wskazówki ściennego zegara z kukułką przesuwają się leniwie, nigdzie się nie śpiesząc. Westchnęłam któryś raz z rzędu, kierując wzrok na Moody'ego, który swoim stukaniem sztucznej nogi powoli doprowadzał mnie do szału. Zupełnie tak, jakby nie mógł usiąść przy stole jak cywilizowany człowiek.
- Jugson - zaczął Alastor - to tchórz. Uciekł po pierwszej lepszej Drętwocie.
-  Mimo wszystko Voldemort nadal trzyma go przy sobie - trafił Kingsley.
Szalonooki pośpieszył z wyjaśnieniem.
- Jego siostra, Caroline, jest dla niego zbyt ważna. Jeśli go zabije, ona najprawdopodobniej odejdzie.
- W takim razie unicestwiając ją, pozbędziemy się dwóch Śmierciożerców, czyż nie? - zabrałam po raz pierwszy głos, hardo patrząc na Alastora.
Wydawało mi się to całkiem logiczne. Bez swoistej ochrony w postaci siostry Jugson nie będzie miał co liczyć na tolerancję Czarnego Pana. To o dwie różdżki po przeciwnej stronie mniej.
- Bingo. - Uśmiechnął się Artur, kiwając głową z uznaniem.
- Już doszliśmy do takiego wniosku, Carrington - powiedział Moody, nawet na mnie nie patrząc.
Na usta cisnęła mi się cięta riposta, ale miałam trochę oleju w głowie, by nie mówić tego przy wszystkich.  Nie odezwałam się zatem, starając się nie mieć naburmuszonej miny jak czterolatek, który nie dostał zabawki. Chyba mi wyszło, bo zwrócił się do wszystkich zebranych.
- Naszym największym zmartwieniem powinna być groźba ataku na mugolskie wioski w Mendip - rzucił Auror, patrząc na wszystkich z kolei.
- To jakaś bzdura! Po co miałby nam mówić, który region chce zaatakować? W Mendip są tylko dwa miasteczka mugoli! Dwa! - krzyknęła Tonks, podnosząc się z krzesła.
- Chce odwrócić naszą uwagę od ważniejszego miejsca - mruknęłam, patrząc w stół.
- Siadaj, Andromedo - powiedział spokojnie, patrząc na nią twardo.
Włosy Tonks momentalnie przybrały barwę ognistej czerwieni.
- Nie mów do mnie Andromedo - cedziła każdą z głosek, prawie plując jadem w stronę Moody'ego.
Nakryłam twarz ręką, chcąc zniknąć stamtąd jak najprędzej.
Alastor spojrzał na nią tylko i zignorował jej słowa, podchodząc pod skrytą w cieniu ścianę.
- Wyślemy tam kogoś z Ministerstwa na wszelki wypadek - oświadczył Artur.
Przez chwilę nikt się nie odzywał, pogrążony we własnych myślach. Spojrzałam na Tonks, której włosy przybrały kolor niebieski. Miętosiła w dłoniach kwiecistą serwetkę, zaraz odkładając ją na stół. Potem zerknęłam na Moody'ego, który wyraźnie był czymś podenerwowany. Stukał rytmicznie laską o podłogę, intensywnie nad czymś rozmyślając. Jego sztuczne oko zatrzymało się w jednym miejscu, przyglądając się Albusowi Dumbledore'owi.
Dyrektor Hogwartu wstał i podszedł do kredensu. Wziął do ręki cukierniczkę i odkrył wieczko, to samo potem zrobił z pieprzniczką. Następnie oparł się o szafkę, przeczesując palcami bujną, białą brodę.
- Złośliwości są tutaj nie na miejscu - powiedział wolno, patrząc na każdego z nas. Zamilkł na chwilę, po czym dodał: - Powinniście poznać prawdziwy powód, dla którego tutaj się zebraliśmy.
Przeszedł do Minerwy McGonagall, siedzącej na przeciwko mnie. Kobieta zmartwionym wzrokiem spojrzała na Dumbledore'a.
- Albusie...
On jednak nie zwrócił na to uwagi.
- Do tej pory skupialiśmy się wyłącznie na Śmierciożercach, którzy stanowili jawne zagrożenie dla wszelkich istnień - rozpoczął, a jego twarz wyrażała zamyślenie. - Wydarzenia w Ministerstwie otworzyły nam oczy na to, w co usilnie nie chcieliśmy wierzyć.
Moody wyszedł z cienia, a jego sztuczne oko zmierzyło stół.
- Sądzimy, że jeden z uczniów Hogwartu przeszedł na stronę Voldemorta.
Spodziewałam się urywanych oddechów, krzyków czy czegokolwiek, jednak spotkałam się z bezwzględną ciszą. Nawet Stworek umilkł, a Walburgia przestała wrzeszczeć na półpiętrze.
- Malfoy... - powiedział wolno, składając palce w koszyczek.
- Malfoy? Ten dzieciak Lucjusza i Narcyzy miałby zostać Śmierciożercą? - zapytała drwiąco Molly.
- On jest pierwszą osobą, która mogłaby nim zostać - westchnął Artur, zerkając na Dumbledore'a.
Ten stał ponownie głęboko zamyślony.
- Znacie stosunek Lucjusza do Voldemorta. Dlaczego więc miałby nie oddać własnego syna w jego łaski? - zapytał retorycznie Kingsley i nikt nie śmiał podważać jego zdania.
- Przechodząc do sedna, potrzebujemy kogoś w Hogwarcie. Kogoś, kto będzie na tyle dyskretny, by dowiedzieć się, co knuje i ewentualnie temu zapobiec. Kogoś, kto łatwo dotrze do niego i na tyle inteligentnego, by nie dać się złapać - odparł Moody, a spojrzenia wszystkich spoczęły na mnie.
Wyprostowałam się jak struna, patrząc na nich zszokowana. Miałam jechać do Hogwartu w roli szpiega? Usilnie próbowałam zatrzymać gonitwę myśli i przemyślałam to logicznie. Jeśli to była prawda i on naprawdę został młodym Śmierciożercą, to mieliśmy duży problem. Z atakami na zewnątrz mogliśmy sobie poradzić, ale co będzie, jeśli zaatakują od wewnątrz? Hogwart był bardzo ważnym miejscem i chyba jedynym, w którym dzieci z niemagicznych rodzin były bezpiecznie. Co będzie, jeśli poplecznicy Voldemorta przekroczą mury szkoły? Nie chciałam o tym myśleć.
Wszyscy patrzyli na mnie z oczekiwaniem, czekając na moją reakcję. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam prosto w oczy Albusa Dumbledore'a.
- Zgoda.



Zebranie skończyło się niedługo później i większość osób wyszła z domu na Grimmuald Place. Te nieliczne osoby, które zostały, nadal siedziały przy stole na twardych krzesłach.
- Nieważne, w którym domu będziesz. Proces odbędzie się standardowo - powiedziała Minerwa, patrząc na mnie łagodnie.
- I pod koniec września masz końcowe testy aurorskie. Jeśli zdasz, przejdziesz dwumiesięczne szkolenie i zostaniesz pełnoprawnym Aurorem - uświadomił mnie Alastor, patrząc na mnie dziwnie. 
Tak, jakby z góry założył, że byłam zbyt słaba.
Mama złapała moja rękę, ściskając ją w pocieszającym geście. Posłałam jej mały, smutny uśmiech. Rozumiałam dwa tygodnie rozłąki, ale miesiące wydawały się ogromem czasu bez rodziców.
- Na święta przyjedziesz do domu - odparła mama, bezbłędnie odczytując moje myśli.
Zresztą nie pierwszy raz.
- Osobiście chciałbym, żebyś trafiła do dumnego domu Gryffindora. To stamtąd pochodzą najwięksi czarodzieje! - rzucił tata, napuszając się jak paw.
Kilka osób zachichotało, ale mama spojrzała na niego z pod byka.
- Jasnym jest, że zostanie Ślizgonką. Każdy Callière trafia do Slytherinu.
Tata się oburzył i kontynuował dziecinną sprzeczkę z mamą.
Albus spojrzał tylko na nich wesoło, a potem zwrócił się bezpośrednio do mnie.
- Jutro z Tonks udacie się na Pokątną, by kupić niezbędne przybory. - Posłałam mały uśmiech Tonks. - Oprócz tego, że twoja rola jest jasna, będziesz zwykłą uczennicą przystępującą do sprawdzianów, a i pisanie morderczo długich esejów cię nie ominie - mrugnął do mnie, a ja załamałam się lekko.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Wstawaliśmy już od stołu, kiedy Moody powiedział:
- Lepiej będzie, jeśli nie powiesz nic Potterowi, Weasleyowi i Granger o młodym Śmierciożercu. Najlepiej, jeśli nie będą o tym wiele wiedzieć.
Kiwnęłam tylko głową. Przy wyjściu zatrzymałam się w półkroku.
- A jeśli będę potrzebna tutaj? - zapytałam, patrząc z nadzieją na Albusa.
- Hogwart uznaje usprawiedliwienia.



- No, czego dotyczyło spotkanie? - Ron napadł mnie, gdy tylko przekroczyłam próg pokoju.
Wywróciłam oczami, siadając na swoim łóżku, które zajęte było przez Vincenta i rudego kota.
- Nie myślisz chyba, że ci powiem? - Uniosłam brwi, patrząc rozbawiona na chłopaka.
- Powiesz, powiesz - rzucili Fred i George, szukając czegoś w ogromnych walizkach.
Zacmokałam, kręcąc głową.
- Sprawy Zakonu, ściśle tajne. - Uśmiechnęłam się, gdy Ron załamał ramiona.
- Och, dajcie jej spokój - mruknęła Hermiona, podnosząc głowę zza książki.
- Hej, sama usychałaś z ciekawości! - żachnął się Fred, wskazując na nią oskarżycielsko palcem.
- Tak, ale znam umiar, chłopaki. Wiecie, co znaczy to słowo? - zapytała ironicznie, po czym wsadziła nos w książkę.
Westchnęłam tylko i spojrzałam na Harry'ego, który wyraźnie chciał coś powiedzieć. Jego wzrok był aż zanadto znaczący.
- Pytaj, Harry - mruknęłam, kładąc się na łóżku i poprawiając poduszkę pod głową.
Vincent ułożył się pod moją dłonią, chętny pieszczot. Rudy kot Hermiony także podszedł z drugiej strony i nastawił głowę. Podrapałam go za uchem i uśmiechnęłam się do niego, gdy łypnął na mnie brązowymi ślepiami. Jego pyszczek był dziwnie spłaszczony, a długi ogon miał upstrzony cętkami. Rozpoznałam w nim kuguchara.
- Byłaś tam wtedy... Wtedy, gdy to się stało - zaczął, nie nakreślając mi dokładnie, o co chodziło.
Nie potrafił powiedzieć tego na głos. Nie winiłam go, widząc, jaki ból malował się na twarzy chłopaka, gdy o tym wspominał.
- Syriusz był moim przyjacielem - powiedziałam cicho, gładząc koty. - Rozproszyłam jego uwagę.
Uniosłam głowę i przyjrzałam się Harry'emu. Z opowieści taty czy Remusa był niemal identyczną kopią Jamesa Pottera. Różniły ich tylko zielony kolor oczu. Zauważyłam, że mieliśmy całkiem podobne, moje jedynie były jaśniejsze.
- To niepr... - zaczął Fred.
- Nie było cię tam - przerwałam, jednak bez cienia złośliwości.
To było miłe, że próbował mnie pocieszyć, ale nie potrzebowałam tego.
- Widziałam, co zrobiłaś z Malfoyem. Everte statum jest zaklęciem trudnym do opanowania, które poznajemy dopiero na siódmym roku! - odparła Hermiona, próbując odwrócić naszą uwagę.
- Mogę cię kiedyś nauczyć, jeśli chcesz. - Uśmiechnęłam się do dziewczyny, a ona aż otworzyła usta i krzyknęła:
- Byłoby cudownie!
- To wina Bellatriks, nie twoja - uciął Harry, zagęszczając atmosferę w pokoju.
Nie odpowiedziałam, posadziłam tylko Vincenta na brzuchu. Ten skulił się w kłębek, zamykając oczy.
Harry chyba nie chciał kontynuować rozmowy, bo zaczął grzebać swoim kufrze. Po chwili wyjął z niego pudełko i wyciągnął kilka orzechów oraz podał je sowie znajdującej się w klatce obok jego łóżka. Była piękna. Duża, jej sierść była biała z kilkoma czarnymi akcentami. Jednak to jej oczy przyciągały największą uwagę -  żółte, z czarnymi źrenicami. Ptak zahukał cicho i pochłonął orzechy, dziobiąc przyjaźnie Harry'ego.
Coś mnie tknęło i rzuciłam się do swojego kufra, przewracając ubrania. Hermiona spojrzała na mnie zdziwiona i w końcu na samym dnie ją znalazłam. Wyciągnęłam fioletową książkę z krzykliwym, żółtym napisem na środku: "Magiczne sztuczki dla dużych czarodziejów" Teda Brooksa. Podałam ją Fredowi i George'owi, a im, jak ją zobaczyli, aż oczy błysnęły z podekscytowania.
- Znalazłaś! - krzyknął Fred, przyglądając się jej z każdej strony.
- Nie zapomniałaś! To jedyny egzemplarz w Anglii! - wrzasnął, chwytając mnie i gniotąc do siebie. Objęłam go ramionami i zaśmiałam się na ich dziecinną reakcję.
- Wykorzystamy ją w Magicznych Dowcipach Weasleyów!
- Skorzystamy z tego tylko w celach edukacyjnych - odparł Fred, zacierając ręce.
- Bracie, będziemy jeszcze bardziej rozchwytywani niż wcześniej!
- Zrobimy taki interes, że mucha nie siada!
- Masz u nas zniżkę, Ev - rzucili.
- Za pomoc w ulepszeniu i tak już niesamowitej spuścizny Weasleyów - Pokiwał głową, patrząc na mnie.
- No dobra, w większej mierze to będzie nasza zasługa, co nie, Fred?
- Co racja to racja, George - zgodzili się i przybili piątki.

piątek, 1 stycznia 2016

2. Rozmowy i rozmówki

Nieczęsto miewałam koszmary. Ten jednak, przedstawiający minione wydarzenia sprzed dwóch miesięcy w Departamencie Tajemnic, powtarzał się względnie rzadko, choć z mocą tak wielką, że ciężar wspomnień powalał mnie na ziemię. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłam tego, by zamiast wędrować w idyllicznym świecie i marzeniach, które chciałby spełnić, musiał przeżywać z morderczą dokładnością każdy szczegół tragedii, której był świadkiem.
Najgorsza była jednak myśl o tym, co mogłam zrobić, by go uratować. Bo wiedziałam, że powinnam zrobić cokolwiek, aby mu pomóc. Łapa był moim przyjacielem, dla którego w żaden sposób nie mogłam przywrócić życia. I nie potrafiłam sprawić, by mrok uleciał z mojego serca i żal został zastąpiony innym uczuciem.
Kilka dni po walce w Ministerstwie, gdy wojenny kurz opadł, Śmierciożercy się wynieśli, a przepowiednia przepadła, Korneliusz Knot, chcąc czy nie chcąc, musiał przyjąć do wiadomości rychły powrót Lorda Voldemorta.
Zaczął się zamęt.
Gazety prześcigały się w głoszeniu okropnych nowin, rodzice jeszcze bardziej, o ile to było możliwe, chronili swoje dzieci, a dobiegły mnie nawet słuchy, że niektórych pociech nie wysłano do Hogwartu w obawie przed złem, które kryło się za murami zamku. I choć po części mieli rację, szkołą zarządzał ciągle Albus Dumbledore, który roztaczał potężne zaklęcia wokół, a Śmierciożercy przecież nie pojawiliby się w progu i nie zaatakowaliby niewinnych uczniów. Tak przynajmniej wtedy sądziłam.



- Zebranie Zakonu punkt szesnasta, usprawiedliwienia nie obowiązują - zarządził Moody i gdy wyczarował patronusa kształtem przypominającego tygrysa szablozębnego,  wysłał go do wszystkich członków.
Auror przechadzał się tam i z powrotem, szukając czegoś zdatnego do spożycia i stukając nienaoliwionymi szafkami. Świeciły pustkami, a to za sprawą Weasleyów, którzy mieli pojawić się niedługo, toteż szafki zamiast jedzeniem, wypełnione były kurzem.
- Na gacie Merlina, ty wredny skrzacie, od czego tu jesteś? Ruszyłbyś swój pomarszczony tyłek i posprzątałbyś ten dom, aby choć trochę przypominał kwaterę główną! - warknął Szalonooki, kiedy podczas penetrowania którejś z szuflad trafił na wyjątkowo paskudną plamę.
W istocie, budynek przypominał ruinę. Rodzinny dom Syriusza ponoć był kiedyś piękny i choć po dawnej świetności nie było śladu, potrafiłam w to uwierzyć - Blackowie nie byli biedną rodziną, aby nie mogli pozwolić sobie na wszelkie luksusy.
- Och, Stworek posprząta! Tak! - krzyknął, pojawiając się przed nami. - Kiedy szlamy i zdrajcy krwi wyniosą się z domu mojej pani - dodał, patrząc z odrazą na mnie, to na Syriusza, który pojawił się w ramie obrazu.
Wywróciłam oczami i usiadłam na wysłużonym stołku przy długim stole, kładąc głowę na blacie.
- Walburgia byłaby niepocieszona, widząc ten syf i twoje nieróbstwo, Stworku - odezwał się Syriusz, patrząc na niego z ciętą miną.
- Stworek rozumie - syknął, patrząc z jawną nienawiścią na Łapę. - Wykonuje rozkazy tylko Harry'ego Pottera, którego tutaj... - Rozejrzał się, wyciągając długą szyję nad blat stołu - nie ma.
Spojrzałam na skrzata, nie mogąc pojąć, jak takie miłe i grzeczne z usposobienia stworzenia mogły mieć tyle złośliwości w sobie. Zazwyczaj były ciepłe i zawsze służyły pomocą, a Stworek miał tak wiele jadu w sobie, że zastanawiałam się, czy to nie boli. 
- Stała czujność! - wrzasnął Auror, a moja głowa wystrzeliła do góry jak z procy i spojrzałam przerażona na Moody'ego. Jego twarz znajdowała się tylko kilka centymetrów od mojej. Szare oczy wpatrywały się w me zielone bacznie, jakby nie chcąc przegapić żadnego skrytego ruchu.
- Bezwonna, czerwona trucizna - powiedział wolno, cedząc każdą głoskę, i stanął na przeciwko mnie. Oparł ręce o stół. - Groźna jak diabli.
- Eliksir z czerńca - odpowiedziałam bez zająknięcia, przypominając sobie wszystkie informacje o tej zabójczej mieszaninie. Anastasia Kelly uczyła mnie o niej kilka miesięcy temu, gdy omawiałyśmy warzenie eliksirów.
- A jak rozpoznać, że ktoś ją wypił? - zapytał, budując napięcie.
Jego sztuczne oko spojrzało najpierw w lewo, a potem w prawo, na końcu natomiast spoczęło na mnie. Odwróciłam szybko wzrok i zerknęłam na prawdziwe. Zaczarowane było straszne i czułam irracjonalny niepokój, gdy zbyt długo mu się przyglądałam.
- Trup. Osoba umiera po spożyciu chociażby kropli - zakończyłam, a napięcie opadło tak szybko, jak się pojawiło.
Moody spojrzał na mnie z grymasem podobnym do uśmiechu i odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi.
- Może to niegłupi pomysł - mruknął i po chwili usłyszałam trzask teleportacji.
Spojrzałam na Syriusza z pytaniem w oczach. On tylko wzruszył ramionami i wstał z fotela.
- Kiedy Adeline  zaproponowała kurs, nie był zbyt chętny. Masz dopiero szesnaście lat. - Pokręcił głową i złapał się za brodę, rozmyślając o czymś intensywnie. - Ale dobrze się stało. Twoi rodzice to świetni Aurorzy, a ty niezaprzeczalnie wdałaś się w nich. Masz dar.
Poczułam na policzkach wkradające się ciepło i odwróciłam wzrok. Syriusz był zbyt uprzejmy. Jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że moi rodzice istotnie byli utalentowanymi Aurorami - jednymi z najlepszych, jeśli miałam być szczera; razem wyłapali masę Śmierciożerców.
Moja matka pochodziła z arystokratycznego, wielkiego rodu francuskiego. Była piękna, jej blond włosy lśniły w promieniach słońca, a jasne, zielone oczy wpatrywały się w każdego życzliwie. W czasach szkoły była Ślizgonką. Każdy w jej rodzinie lądował w Slytherinie, czy tego chciał, czy nie. Taka była tradycja. Mimo że wychowywana była w elitarnych warunkach, Adeline Callière wyszła za Gryfona z niearystokratycznej rodziny, sprzeciwiając się rodzicom, którzy wybrali dla niej męża ze starego rodu czarodziejów. I choć brzmiało to jak tania historyjka Milicenty Jackson z "Opowiastek o łzawych i (nie)realnych historiach", w rzeczywistości byłam pełna podziwu dla mojej mamy, że potrafiła się sprzeciwić babce i bronić swojej miłości. 
Mój ojciec za to był Anglikiem, wychowany w dobrej rodzinie czarodziejów z południa Wysp Brytyjskich. Był żartownisiem i często opowiadał mi o przygodach z Huncwotami. Chodził dumny jak paw, gdy rozprawiał o dowcipach, na które normalny prefekt nigdy by się zgodził. Jednak on był za bardzo zaprzyjaźniony z Jamesem, Syriuszem, Remusem i Peterem, by im odmówić, a i on miał wielką frajdę, gdy Severus Snape ponownie zawisnął głową do dołu na sporym drzewie. Nie dołączył jednak do Huncwotów, ale nigdy nie wyjaśnił mi dlaczego. Chwalił się, że to dzięki niemu Lily i James Potterowie się zeszli, czemu nie pokładałam jednak zbytniej wiary.
Dwa lata po ślubie urodziłam się ja, Evangeline Carrington. Byłam mieszanką z pochodzenia, ale ciągle czystej krwi, jeśli miało to znaczenie. A nie miało żadnego, bo jeśli którykolwiek wyznawca Voldemorta dowiedziałby się o moich bliskich stosunkach z Aurorami, a co gorsza, moich egzaminach, zabiłby mnie bez patrzenia na krew. O ile dałby radę.
Gdy miałam piętnaście lat, dołączyłam do reaktywowanego Zakonu Feniksa. Głupia nigdy nie byłam, umiejętności też miałam niemałe, więc Dumbledore ucieszył się z mojej chęci przystąpienia: "Potrzebujemy tego, kto wie, po której stronie chce stać." W Zakonie powierzano mi łatwe, jak i trudne misje, które wymagały zdolności współpracy. Kilka razy nawet walczyłam otwarcie ze Śmierciożercami. Zakon mi ufał. To było bardzo pokrzepiające uczucie i świadomość, że ktoś naprawdę mnie potrzebował, była miła.
Najbardziej jednak byłam wdzięczna, że nikt nie zwracał uwagi na mój młody wiek - formalnie powinnam dołączyć dopiero po osiągnięciu dorosłości. Pozwolono mi również się teleportować i używać czarów poza Hogwartem w razie ataku Śmierciożerców. Masz smykałkę do tego, Ev. Tak przynajmniej lubiłam sobie wmawiać.
Tam moja matka, wierząc we mnie i moje marzenia, zaproponowała przeprowadzenie przyspieszonego, w każdym znaczeniu tego słowa, kursu na Aurora, którym niewątpliwie chciałam zostać, od kiedy zrozumiałam, co znaczyło to słowo. I chociaż rodzice nigdy nie posłali mnie do Hogwartu, uczyłam się w domu, zdałam Owutemy i byłam prawie gotowa.
Nieczęsto widywałam swoich rodziców. Byłam przygnębiona, widząc ich od czasu do czasu, jednak rozumiałam to i wspierałam ich. Niewątpliwie nadchodziły mroczne czasy, a dobrych ludzi brakowało. "Każda jedna osoba przyczynia się do poprawy. Walczymy o to, abyś miała możliwość życia w lepszych czasach." Tak moja mama zakończyła ostatnią z kłótni. A potem zaprzyjaźniłam się z Tonks, która szybko stała się moją najlepszą przyjaciółką i pozwoliła zapomnieć o nieobecności rodziców. I gdyby nie jej praca Aurora, byłybyśmy nierozłączne.



Włożyłam dłoń w miękką sierść mojego kota i uśmiechnęłam się, gdy zamruczał cicho i wyciągnął się na moim brzuchu. Leżałam oparta o poduszkę na swoim skrzypiącym, ale ciągle miękkim, łóżku i głaskałam tego sierściucha, który ciągle łaknął uwagi i tulenia. Nie miałam jednak nic temu przeciwko, był naprawdę uroczy. Vincent zszedł ze mnie i położył głowę w zagłębieniu mojej szyi, zamykając niebieskie ślepia. Jego biała, puszysta sierść odznaczała się na tle czarnej pościeli.
Gdy przebudziłam się, była piętnasta trzydzieści. Za oknem ciągle świeciło słońce, jednak widoczna była zmiana pogody - pięć dni brakowało wrześniowi, by zastąpić sierpień. Co za tym szło, na dworze robiło się zimniej. Wstałam z łóżka i poprawiłam granatowy, rozpinany kardigan, podciągnęłam czarną bluzkę, która podczas snu zsunęła się zanadto. Ziewnęłam i zatrzymałam się w progu się przy balustradzie schodów, wychylając się i nasłuchując.
- Dzieci, cóż za wyczucie czasu! Nie spodziewałam się, że tak szybko się zobaczymy. Harry, kochaneczku, jadłeś coś przez te wakacje? - zapytała Molly, pieszczotliwie tarmosząc policzek nastolatka.
Prawie nie zmienił się przez te dwa miesiące, nie licząc tego, że pierwszy raz widziałam go czystego. Wtedy, w Ministerstwie, kurz od niego odpadał, a i ja nie wyglądałam zbyt wyjściowo. Jego czarne włosy były roztrzepane, okrągłe okulary zsuwały mu się z nosa. Ubrany był w bluzkę i zwykłe spodnie, nic nadzwyczajnego. Obok niego stali dziewczyna i Ron,  nastolatka za to, oprócz walizki, trzymała klatkę z rudym kotem.
- Tak, pani Weasley - odpowiedział z miłym uśmiechem Harry.
Molly uśmiechnęła się i zwróciła do przyjaciółki Pottera,  zdziwiona aż złapała się za głowę.
- Hermiono, ależ ty wyrosłaś! Jesteś niemal wyższa od Rona! - krzyknęła, gładząc ją po włosach.
- To raczej niemożliwe, proszę pani. - Harry i Hermiona zachichotali, a Ron stanął z założonymi rękoma, patrząc na nich.
Nagle obok Molly zmaterializowali się Fred i George.
- Ron jest karłem! - wrzasnął Fred, szturchając chłopaka.
- Nigdy nie będziesz tak wysoki... - dołączył George.
- Jak my! - zakończyli razem, przybijając piątkę i rzucając nad głowę Rona jakiś proszek, który mieniąc się, opadł na ubranie chłopaka.
- Przynajmniej mam mózg - mruknął, próbując wytrzepać się ze świecidełek.
Wyglądało na to, że nie tak łatwo było się ich pozbyć.
Bliźniacy wybuchnęli śmiechem, stojąc ramię w ramię i patrząc na niego z politowaniem.
- Mózg? Mózg?! Nazywasz tak tę marną imitację narządu, który odpowiada za myślenie? Dobre sobie! Fred, słyszałeś?
- Słyszałem, George! Co za biedny chłopak - zmartwili się i prawie uwierzyłam w to.
Aktorami byli całkiem niezłymi.
Ginny przeszła tylko obok nich, rzucając im krótkie "cześć" i zniknęła w kuchni.
- Dzień dobry, Syriuszu! Harry, Hermiono, tak dawno się nie widzieliśmy! Dlaczego nie przyjechaliście do Nory na wakacje? - zapytał ich Artur, stawiając walizkę na ziemi.
Harry pospieszył natychmiast z odpowiedzią.
- Dursleyowie zarządzili wypad w góry, a Hermiona była w Australii - odpowiedział za nich oboje.
Artur tylko pokiwał głową.
- A gdzie jest moja Evie? Kochaniutka! - zawołała mnie Molly.
Teraz, chcąc czy nie chcąc, musiałam wyjść do tego tłumu. Zeszłam wolno po schodach i poprawiłam włosy, naciskając na klamkę. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w moją stronę i Molly natychmiast do mnie podbiegła, kładąc mi ręce na ramionach.
- Evie, kochanie! Wyładniałaś! Jesteś piękna jak twoja matka - wzruszyła się kobieta, gładząc mnie po głowie i przytuliła do siebie, ogarniając ramionami.
Zakołysała nami i puściła, ocierając łzę spływającą po jej policzku.
- Dziękuję, Molly - odpowiedziałam, uśmiechając się.
- O tak, jest ładna. Ale cholernie niska - odezwał się głos z mojej prawej strony.
Jak oparzona odskoczyłam, natrafiając na klatkę piersiową George'a.
- Słownictwo! - krzyknęła oburzona Molly, uderzając ścierką po głowie chłopaka.
- Racja, George. Słownictwo! - przedrzeźniał matkę Fred i cudem uniknął lecącego materiału, teleportując się szybko.
George uśmiechnął się szarmancko do mnie.
- Mi podoba się, że jesteś niska - szepnął, poruszając zabawnie brwiami.
 Wywróciłam oczami i oparłam się o ścianę.
- Cześć, Ron - rzuciłam  i posłałam mu jeden z moich uśmiechów.
Chłopak zaczerwienił się po same końcówki uszu. Ależ ja byłam wredna.
- Cześć, Ev - odpowiedział, wykrzywiając usta.
Ginny gdzieś z tyłu zachichotała. Pomachałam do niej i podeszłam do Harry'ego i Hermiony.
- Evangeline - oświadczyłam i podałam Hermionie rękę.
Dziewczyna uśmiechnęła się i potrząsnęła moją dłonią, mówiąc swoje imię.
Była wyższa ode mnie. Każdy w twoim wieku był. Cholera, nawet niektóre młodsze osoby były wyższe od ciebie! Nie walczyłam z tym irytującym głosem, w tej kwestii z bólem serca  godząc się z nim. To była prawda. Niestety, pod względem wzrostu nie wdałam się w moją matkę i jej sto siedemdziesiąt trzy centymetry. Sto sześćdziesiąt było dość marnym wynikiem, szczególnie że nawet Stworek porównywał mnie do wyjątkowo szpetnego skrzata. Okropne stworzenie.
Hermiona była ładna, miała kręcone, średniej długości, kasztanowe włosy, orzechowe oczy i mały nos. Dopatrzyłam się kilku piegów na nim, co dodawało jej uroku.
Przedstawiłam się również Harry'emu. Spojrzał mi w oczy i już wiedziałam, że pamiętał mnie z Departamentu Tajemnic. Nie powiedział jednak nic, chociaż byłam pewna co do poruszenia tego tematu, gdy zostaniemy sami.
Usiedliśmy na krzesłach i oparłam brodę o dłoń, obserwując krzątających się w kuchni. Zegarek pokazywał za dziesięć szesnastą. W tym samym czasie usłyszałam kolejny trzask teleportacji i do pomieszczenia wkroczyli Kingsley i Remus. Uśmiechnęłam się do Lupina, a na jego poranionej bliznami twarzy rozkwitł szeroki uśmiech. Podszedł do mnie i roztrzepał mi włosy, witając się także z pozostałymi.
- Ktoś wie, czego dotyczy zebranie? - zapytała Tonks, wchodząc dziarsko do pokoju.
Pomachałam do niej i przytuliła mnie, racząc siedzące obok osoby swoim słodkim zapachem perfum.
- Znasz Moody'ego. Nikt nie wie - mruknął Artur, siadając obok Molly.
Przez chwilę panowała cisza. Zerknęłam leniwie na zegarek, dostrzegając punkt szesnastą. Drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym skrzypnięciem i do pomieszczenia dostała się spora dawka zimnego powietrza. Usłyszałam ciche przekleństwo i huk przewracającego się  wazonu.
- Nie wiem, po co trzymamy tu tego skrzata, Dumbledore. Tylko bluzga, jest leniwy i  śmierdzi jak łajnobomba- warknął Moody, stawiając wazon.
- Bez nerwów, Alastorze - odpowiedział lekkim tonem mężczyzna i weszli do pomieszczenia.
Każdy usiadł na miejscu i już Szalonooki otwierał usta, aby coś powiedzieć, gdy przerwał mu kolejny trzask teleportacji. Rozejrzałam się zdziwiona po twarzach i zorientowałam się, że każdy był obecny. Zdołałam pochwycić jeszcze uśmiech Dumbledore'a i wyszłam do przedpokoju z dłonią na różdżce w kieszeni swetra.  W progu zatrzymałam się w półkroku, a w środku coś mnie ścisnęło.
Napotkałam sylwetki moich rodziców i uśmiech mojej mamy, która już rozkładała ramiona. Podbiegłam do niej i wtuliłam się w nią jak małe dziecko. Pachniała doskonałymi perfumami i wyglądała tak samo - jak zwykle zresztą. Poczułam również, jak tata obejmuje nas obie. Pocałował mnie w czubek głowy, a mama w policzek, przyglądając mi się szczęśliwa.
- Myślałam, że nie możecie przyjść - szepnęłam, patrząc na nich.
Wymienili się uśmiechami.
- Alastor wyraźnie powiedział, że usprawiedliwień nie przyjmuje. A kim ja jestem, żeby mu się sprzeciwiać? - zażartował tata, obejmując mamę w talii.
Uśmiechnęła się tylko i dała małego buziaka mężowi.
Weszliśmy do pokoju i Molly podbiegła od razu do nas, tuląc nas wszystkich do siebie. Gdy powoli brakowało mi powietrza, odsunęła się i przyjrzała mojej mamie.
- Adeline! Christian! Kochani, jak dawno się nie widzieliśmy! - krzyknęła, całując ich w oba policzki.
- Tylko dwa tygodnie, Molly - zaśmiała się moja mama, patrząc na nią wesoło.
Usiedliśmy w końcu przy stole, a Moody ironicznie podziękował za oddanie mu prawa głosu. Mruknął coś jeszcze pod nosem i ponownie otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy jego zaczarowane oko spoczęło na Harrym, Hermionie, Ronie i Ginny.
- A wy co tu jeszcze robicie? Zmykać do pokoju i zamknąć drzwi!  I żadnych sztuczek z podsłuchiwaniem! To oko wszystko widzi - Popukał się w miejsce obok niego, a nastolatkowie natychmiast uciekli na piętro.