piątek, 1 stycznia 2016

2. Rozmowy i rozmówki

Nieczęsto miewałam koszmary. Ten jednak, przedstawiający minione wydarzenia sprzed dwóch miesięcy w Departamencie Tajemnic, powtarzał się względnie rzadko, choć z mocą tak wielką, że ciężar wspomnień powalał mnie na ziemię. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłam tego, by zamiast wędrować w idyllicznym świecie i marzeniach, które chciałby spełnić, musiał przeżywać z morderczą dokładnością każdy szczegół tragedii, której był świadkiem.
Najgorsza była jednak myśl o tym, co mogłam zrobić, by go uratować. Bo wiedziałam, że powinnam zrobić cokolwiek, aby mu pomóc. Łapa był moim przyjacielem, dla którego w żaden sposób nie mogłam przywrócić życia. I nie potrafiłam sprawić, by mrok uleciał z mojego serca i żal został zastąpiony innym uczuciem.
Kilka dni po walce w Ministerstwie, gdy wojenny kurz opadł, Śmierciożercy się wynieśli, a przepowiednia przepadła, Korneliusz Knot, chcąc czy nie chcąc, musiał przyjąć do wiadomości rychły powrót Lorda Voldemorta.
Zaczął się zamęt.
Gazety prześcigały się w głoszeniu okropnych nowin, rodzice jeszcze bardziej, o ile to było możliwe, chronili swoje dzieci, a dobiegły mnie nawet słuchy, że niektórych pociech nie wysłano do Hogwartu w obawie przed złem, które kryło się za murami zamku. I choć po części mieli rację, szkołą zarządzał ciągle Albus Dumbledore, który roztaczał potężne zaklęcia wokół, a Śmierciożercy przecież nie pojawiliby się w progu i nie zaatakowaliby niewinnych uczniów. Tak przynajmniej wtedy sądziłam.



- Zebranie Zakonu punkt szesnasta, usprawiedliwienia nie obowiązują - zarządził Moody i gdy wyczarował patronusa kształtem przypominającego tygrysa szablozębnego,  wysłał go do wszystkich członków.
Auror przechadzał się tam i z powrotem, szukając czegoś zdatnego do spożycia i stukając nienaoliwionymi szafkami. Świeciły pustkami, a to za sprawą Weasleyów, którzy mieli pojawić się niedługo, toteż szafki zamiast jedzeniem, wypełnione były kurzem.
- Na gacie Merlina, ty wredny skrzacie, od czego tu jesteś? Ruszyłbyś swój pomarszczony tyłek i posprzątałbyś ten dom, aby choć trochę przypominał kwaterę główną! - warknął Szalonooki, kiedy podczas penetrowania którejś z szuflad trafił na wyjątkowo paskudną plamę.
W istocie, budynek przypominał ruinę. Rodzinny dom Syriusza ponoć był kiedyś piękny i choć po dawnej świetności nie było śladu, potrafiłam w to uwierzyć - Blackowie nie byli biedną rodziną, aby nie mogli pozwolić sobie na wszelkie luksusy.
- Och, Stworek posprząta! Tak! - krzyknął, pojawiając się przed nami. - Kiedy szlamy i zdrajcy krwi wyniosą się z domu mojej pani - dodał, patrząc z odrazą na mnie, to na Syriusza, który pojawił się w ramie obrazu.
Wywróciłam oczami i usiadłam na wysłużonym stołku przy długim stole, kładąc głowę na blacie.
- Walburgia byłaby niepocieszona, widząc ten syf i twoje nieróbstwo, Stworku - odezwał się Syriusz, patrząc na niego z ciętą miną.
- Stworek rozumie - syknął, patrząc z jawną nienawiścią na Łapę. - Wykonuje rozkazy tylko Harry'ego Pottera, którego tutaj... - Rozejrzał się, wyciągając długą szyję nad blat stołu - nie ma.
Spojrzałam na skrzata, nie mogąc pojąć, jak takie miłe i grzeczne z usposobienia stworzenia mogły mieć tyle złośliwości w sobie. Zazwyczaj były ciepłe i zawsze służyły pomocą, a Stworek miał tak wiele jadu w sobie, że zastanawiałam się, czy to nie boli. 
- Stała czujność! - wrzasnął Auror, a moja głowa wystrzeliła do góry jak z procy i spojrzałam przerażona na Moody'ego. Jego twarz znajdowała się tylko kilka centymetrów od mojej. Szare oczy wpatrywały się w me zielone bacznie, jakby nie chcąc przegapić żadnego skrytego ruchu.
- Bezwonna, czerwona trucizna - powiedział wolno, cedząc każdą głoskę, i stanął na przeciwko mnie. Oparł ręce o stół. - Groźna jak diabli.
- Eliksir z czerńca - odpowiedziałam bez zająknięcia, przypominając sobie wszystkie informacje o tej zabójczej mieszaninie. Anastasia Kelly uczyła mnie o niej kilka miesięcy temu, gdy omawiałyśmy warzenie eliksirów.
- A jak rozpoznać, że ktoś ją wypił? - zapytał, budując napięcie.
Jego sztuczne oko spojrzało najpierw w lewo, a potem w prawo, na końcu natomiast spoczęło na mnie. Odwróciłam szybko wzrok i zerknęłam na prawdziwe. Zaczarowane było straszne i czułam irracjonalny niepokój, gdy zbyt długo mu się przyglądałam.
- Trup. Osoba umiera po spożyciu chociażby kropli - zakończyłam, a napięcie opadło tak szybko, jak się pojawiło.
Moody spojrzał na mnie z grymasem podobnym do uśmiechu i odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi.
- Może to niegłupi pomysł - mruknął i po chwili usłyszałam trzask teleportacji.
Spojrzałam na Syriusza z pytaniem w oczach. On tylko wzruszył ramionami i wstał z fotela.
- Kiedy Adeline  zaproponowała kurs, nie był zbyt chętny. Masz dopiero szesnaście lat. - Pokręcił głową i złapał się za brodę, rozmyślając o czymś intensywnie. - Ale dobrze się stało. Twoi rodzice to świetni Aurorzy, a ty niezaprzeczalnie wdałaś się w nich. Masz dar.
Poczułam na policzkach wkradające się ciepło i odwróciłam wzrok. Syriusz był zbyt uprzejmy. Jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że moi rodzice istotnie byli utalentowanymi Aurorami - jednymi z najlepszych, jeśli miałam być szczera; razem wyłapali masę Śmierciożerców.
Moja matka pochodziła z arystokratycznego, wielkiego rodu francuskiego. Była piękna, jej blond włosy lśniły w promieniach słońca, a jasne, zielone oczy wpatrywały się w każdego życzliwie. W czasach szkoły była Ślizgonką. Każdy w jej rodzinie lądował w Slytherinie, czy tego chciał, czy nie. Taka była tradycja. Mimo że wychowywana była w elitarnych warunkach, Adeline Callière wyszła za Gryfona z niearystokratycznej rodziny, sprzeciwiając się rodzicom, którzy wybrali dla niej męża ze starego rodu czarodziejów. I choć brzmiało to jak tania historyjka Milicenty Jackson z "Opowiastek o łzawych i (nie)realnych historiach", w rzeczywistości byłam pełna podziwu dla mojej mamy, że potrafiła się sprzeciwić babce i bronić swojej miłości. 
Mój ojciec za to był Anglikiem, wychowany w dobrej rodzinie czarodziejów z południa Wysp Brytyjskich. Był żartownisiem i często opowiadał mi o przygodach z Huncwotami. Chodził dumny jak paw, gdy rozprawiał o dowcipach, na które normalny prefekt nigdy by się zgodził. Jednak on był za bardzo zaprzyjaźniony z Jamesem, Syriuszem, Remusem i Peterem, by im odmówić, a i on miał wielką frajdę, gdy Severus Snape ponownie zawisnął głową do dołu na sporym drzewie. Nie dołączył jednak do Huncwotów, ale nigdy nie wyjaśnił mi dlaczego. Chwalił się, że to dzięki niemu Lily i James Potterowie się zeszli, czemu nie pokładałam jednak zbytniej wiary.
Dwa lata po ślubie urodziłam się ja, Evangeline Carrington. Byłam mieszanką z pochodzenia, ale ciągle czystej krwi, jeśli miało to znaczenie. A nie miało żadnego, bo jeśli którykolwiek wyznawca Voldemorta dowiedziałby się o moich bliskich stosunkach z Aurorami, a co gorsza, moich egzaminach, zabiłby mnie bez patrzenia na krew. O ile dałby radę.
Gdy miałam piętnaście lat, dołączyłam do reaktywowanego Zakonu Feniksa. Głupia nigdy nie byłam, umiejętności też miałam niemałe, więc Dumbledore ucieszył się z mojej chęci przystąpienia: "Potrzebujemy tego, kto wie, po której stronie chce stać." W Zakonie powierzano mi łatwe, jak i trudne misje, które wymagały zdolności współpracy. Kilka razy nawet walczyłam otwarcie ze Śmierciożercami. Zakon mi ufał. To było bardzo pokrzepiające uczucie i świadomość, że ktoś naprawdę mnie potrzebował, była miła.
Najbardziej jednak byłam wdzięczna, że nikt nie zwracał uwagi na mój młody wiek - formalnie powinnam dołączyć dopiero po osiągnięciu dorosłości. Pozwolono mi również się teleportować i używać czarów poza Hogwartem w razie ataku Śmierciożerców. Masz smykałkę do tego, Ev. Tak przynajmniej lubiłam sobie wmawiać.
Tam moja matka, wierząc we mnie i moje marzenia, zaproponowała przeprowadzenie przyspieszonego, w każdym znaczeniu tego słowa, kursu na Aurora, którym niewątpliwie chciałam zostać, od kiedy zrozumiałam, co znaczyło to słowo. I chociaż rodzice nigdy nie posłali mnie do Hogwartu, uczyłam się w domu, zdałam Owutemy i byłam prawie gotowa.
Nieczęsto widywałam swoich rodziców. Byłam przygnębiona, widząc ich od czasu do czasu, jednak rozumiałam to i wspierałam ich. Niewątpliwie nadchodziły mroczne czasy, a dobrych ludzi brakowało. "Każda jedna osoba przyczynia się do poprawy. Walczymy o to, abyś miała możliwość życia w lepszych czasach." Tak moja mama zakończyła ostatnią z kłótni. A potem zaprzyjaźniłam się z Tonks, która szybko stała się moją najlepszą przyjaciółką i pozwoliła zapomnieć o nieobecności rodziców. I gdyby nie jej praca Aurora, byłybyśmy nierozłączne.



Włożyłam dłoń w miękką sierść mojego kota i uśmiechnęłam się, gdy zamruczał cicho i wyciągnął się na moim brzuchu. Leżałam oparta o poduszkę na swoim skrzypiącym, ale ciągle miękkim, łóżku i głaskałam tego sierściucha, który ciągle łaknął uwagi i tulenia. Nie miałam jednak nic temu przeciwko, był naprawdę uroczy. Vincent zszedł ze mnie i położył głowę w zagłębieniu mojej szyi, zamykając niebieskie ślepia. Jego biała, puszysta sierść odznaczała się na tle czarnej pościeli.
Gdy przebudziłam się, była piętnasta trzydzieści. Za oknem ciągle świeciło słońce, jednak widoczna była zmiana pogody - pięć dni brakowało wrześniowi, by zastąpić sierpień. Co za tym szło, na dworze robiło się zimniej. Wstałam z łóżka i poprawiłam granatowy, rozpinany kardigan, podciągnęłam czarną bluzkę, która podczas snu zsunęła się zanadto. Ziewnęłam i zatrzymałam się w progu się przy balustradzie schodów, wychylając się i nasłuchując.
- Dzieci, cóż za wyczucie czasu! Nie spodziewałam się, że tak szybko się zobaczymy. Harry, kochaneczku, jadłeś coś przez te wakacje? - zapytała Molly, pieszczotliwie tarmosząc policzek nastolatka.
Prawie nie zmienił się przez te dwa miesiące, nie licząc tego, że pierwszy raz widziałam go czystego. Wtedy, w Ministerstwie, kurz od niego odpadał, a i ja nie wyglądałam zbyt wyjściowo. Jego czarne włosy były roztrzepane, okrągłe okulary zsuwały mu się z nosa. Ubrany był w bluzkę i zwykłe spodnie, nic nadzwyczajnego. Obok niego stali dziewczyna i Ron,  nastolatka za to, oprócz walizki, trzymała klatkę z rudym kotem.
- Tak, pani Weasley - odpowiedział z miłym uśmiechem Harry.
Molly uśmiechnęła się i zwróciła do przyjaciółki Pottera,  zdziwiona aż złapała się za głowę.
- Hermiono, ależ ty wyrosłaś! Jesteś niemal wyższa od Rona! - krzyknęła, gładząc ją po włosach.
- To raczej niemożliwe, proszę pani. - Harry i Hermiona zachichotali, a Ron stanął z założonymi rękoma, patrząc na nich.
Nagle obok Molly zmaterializowali się Fred i George.
- Ron jest karłem! - wrzasnął Fred, szturchając chłopaka.
- Nigdy nie będziesz tak wysoki... - dołączył George.
- Jak my! - zakończyli razem, przybijając piątkę i rzucając nad głowę Rona jakiś proszek, który mieniąc się, opadł na ubranie chłopaka.
- Przynajmniej mam mózg - mruknął, próbując wytrzepać się ze świecidełek.
Wyglądało na to, że nie tak łatwo było się ich pozbyć.
Bliźniacy wybuchnęli śmiechem, stojąc ramię w ramię i patrząc na niego z politowaniem.
- Mózg? Mózg?! Nazywasz tak tę marną imitację narządu, który odpowiada za myślenie? Dobre sobie! Fred, słyszałeś?
- Słyszałem, George! Co za biedny chłopak - zmartwili się i prawie uwierzyłam w to.
Aktorami byli całkiem niezłymi.
Ginny przeszła tylko obok nich, rzucając im krótkie "cześć" i zniknęła w kuchni.
- Dzień dobry, Syriuszu! Harry, Hermiono, tak dawno się nie widzieliśmy! Dlaczego nie przyjechaliście do Nory na wakacje? - zapytał ich Artur, stawiając walizkę na ziemi.
Harry pospieszył natychmiast z odpowiedzią.
- Dursleyowie zarządzili wypad w góry, a Hermiona była w Australii - odpowiedział za nich oboje.
Artur tylko pokiwał głową.
- A gdzie jest moja Evie? Kochaniutka! - zawołała mnie Molly.
Teraz, chcąc czy nie chcąc, musiałam wyjść do tego tłumu. Zeszłam wolno po schodach i poprawiłam włosy, naciskając na klamkę. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w moją stronę i Molly natychmiast do mnie podbiegła, kładąc mi ręce na ramionach.
- Evie, kochanie! Wyładniałaś! Jesteś piękna jak twoja matka - wzruszyła się kobieta, gładząc mnie po głowie i przytuliła do siebie, ogarniając ramionami.
Zakołysała nami i puściła, ocierając łzę spływającą po jej policzku.
- Dziękuję, Molly - odpowiedziałam, uśmiechając się.
- O tak, jest ładna. Ale cholernie niska - odezwał się głos z mojej prawej strony.
Jak oparzona odskoczyłam, natrafiając na klatkę piersiową George'a.
- Słownictwo! - krzyknęła oburzona Molly, uderzając ścierką po głowie chłopaka.
- Racja, George. Słownictwo! - przedrzeźniał matkę Fred i cudem uniknął lecącego materiału, teleportując się szybko.
George uśmiechnął się szarmancko do mnie.
- Mi podoba się, że jesteś niska - szepnął, poruszając zabawnie brwiami.
 Wywróciłam oczami i oparłam się o ścianę.
- Cześć, Ron - rzuciłam  i posłałam mu jeden z moich uśmiechów.
Chłopak zaczerwienił się po same końcówki uszu. Ależ ja byłam wredna.
- Cześć, Ev - odpowiedział, wykrzywiając usta.
Ginny gdzieś z tyłu zachichotała. Pomachałam do niej i podeszłam do Harry'ego i Hermiony.
- Evangeline - oświadczyłam i podałam Hermionie rękę.
Dziewczyna uśmiechnęła się i potrząsnęła moją dłonią, mówiąc swoje imię.
Była wyższa ode mnie. Każdy w twoim wieku był. Cholera, nawet niektóre młodsze osoby były wyższe od ciebie! Nie walczyłam z tym irytującym głosem, w tej kwestii z bólem serca  godząc się z nim. To była prawda. Niestety, pod względem wzrostu nie wdałam się w moją matkę i jej sto siedemdziesiąt trzy centymetry. Sto sześćdziesiąt było dość marnym wynikiem, szczególnie że nawet Stworek porównywał mnie do wyjątkowo szpetnego skrzata. Okropne stworzenie.
Hermiona była ładna, miała kręcone, średniej długości, kasztanowe włosy, orzechowe oczy i mały nos. Dopatrzyłam się kilku piegów na nim, co dodawało jej uroku.
Przedstawiłam się również Harry'emu. Spojrzał mi w oczy i już wiedziałam, że pamiętał mnie z Departamentu Tajemnic. Nie powiedział jednak nic, chociaż byłam pewna co do poruszenia tego tematu, gdy zostaniemy sami.
Usiedliśmy na krzesłach i oparłam brodę o dłoń, obserwując krzątających się w kuchni. Zegarek pokazywał za dziesięć szesnastą. W tym samym czasie usłyszałam kolejny trzask teleportacji i do pomieszczenia wkroczyli Kingsley i Remus. Uśmiechnęłam się do Lupina, a na jego poranionej bliznami twarzy rozkwitł szeroki uśmiech. Podszedł do mnie i roztrzepał mi włosy, witając się także z pozostałymi.
- Ktoś wie, czego dotyczy zebranie? - zapytała Tonks, wchodząc dziarsko do pokoju.
Pomachałam do niej i przytuliła mnie, racząc siedzące obok osoby swoim słodkim zapachem perfum.
- Znasz Moody'ego. Nikt nie wie - mruknął Artur, siadając obok Molly.
Przez chwilę panowała cisza. Zerknęłam leniwie na zegarek, dostrzegając punkt szesnastą. Drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym skrzypnięciem i do pomieszczenia dostała się spora dawka zimnego powietrza. Usłyszałam ciche przekleństwo i huk przewracającego się  wazonu.
- Nie wiem, po co trzymamy tu tego skrzata, Dumbledore. Tylko bluzga, jest leniwy i  śmierdzi jak łajnobomba- warknął Moody, stawiając wazon.
- Bez nerwów, Alastorze - odpowiedział lekkim tonem mężczyzna i weszli do pomieszczenia.
Każdy usiadł na miejscu i już Szalonooki otwierał usta, aby coś powiedzieć, gdy przerwał mu kolejny trzask teleportacji. Rozejrzałam się zdziwiona po twarzach i zorientowałam się, że każdy był obecny. Zdołałam pochwycić jeszcze uśmiech Dumbledore'a i wyszłam do przedpokoju z dłonią na różdżce w kieszeni swetra.  W progu zatrzymałam się w półkroku, a w środku coś mnie ścisnęło.
Napotkałam sylwetki moich rodziców i uśmiech mojej mamy, która już rozkładała ramiona. Podbiegłam do niej i wtuliłam się w nią jak małe dziecko. Pachniała doskonałymi perfumami i wyglądała tak samo - jak zwykle zresztą. Poczułam również, jak tata obejmuje nas obie. Pocałował mnie w czubek głowy, a mama w policzek, przyglądając mi się szczęśliwa.
- Myślałam, że nie możecie przyjść - szepnęłam, patrząc na nich.
Wymienili się uśmiechami.
- Alastor wyraźnie powiedział, że usprawiedliwień nie przyjmuje. A kim ja jestem, żeby mu się sprzeciwiać? - zażartował tata, obejmując mamę w talii.
Uśmiechnęła się tylko i dała małego buziaka mężowi.
Weszliśmy do pokoju i Molly podbiegła od razu do nas, tuląc nas wszystkich do siebie. Gdy powoli brakowało mi powietrza, odsunęła się i przyjrzała mojej mamie.
- Adeline! Christian! Kochani, jak dawno się nie widzieliśmy! - krzyknęła, całując ich w oba policzki.
- Tylko dwa tygodnie, Molly - zaśmiała się moja mama, patrząc na nią wesoło.
Usiedliśmy w końcu przy stole, a Moody ironicznie podziękował za oddanie mu prawa głosu. Mruknął coś jeszcze pod nosem i ponownie otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy jego zaczarowane oko spoczęło na Harrym, Hermionie, Ronie i Ginny.
- A wy co tu jeszcze robicie? Zmykać do pokoju i zamknąć drzwi!  I żadnych sztuczek z podsłuchiwaniem! To oko wszystko widzi - Popukał się w miejsce obok niego, a nastolatkowie natychmiast uciekli na piętro.

3 komentarze:

  1. Rozdział bardzo fajny ;) dowiedzieliśmy się kim jest Eve lubię takie tajemnicze osoby ;) podobało mi się spotkanie Eve ze Złotą Trójcą
    Czekam na next!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    http://ingis-at-glacies-dramione.blogspot.com/
    zajrzyj do mnie jeśli chcesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystko oczywiście idealne, Bliźniacy - perfekcja. Nareszcie dowiedzieliśmy się kim jest Ev, ciekawe czy Złota Trójca będzie próbowała podsłuchiwać. Och, co jeszcze ? Całość: Miód, malina i orzeszki, Mniam.
    SLY.
    http://bol-wyostrza-zmysly-drarry.blogspot.com/
    Zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny rozdział.
    Czekam na dalszą część 😊

    OdpowiedzUsuń