środa, 6 stycznia 2016

3. Spotkania i decyzje

Króciutki. Obiecuję, że następny będzie dłuższy! Tymczasem zapraszam do czytania i komentowania. Za każdy wpis pięknie dziękuję!

__

Patrzyłam, jak wskazówki ściennego zegara z kukułką przesuwają się leniwie, nigdzie się nie śpiesząc. Westchnęłam któryś raz z rzędu, kierując wzrok na Moody'ego, który swoim stukaniem sztucznej nogi powoli doprowadzał mnie do szału. Zupełnie tak, jakby nie mógł usiąść przy stole jak cywilizowany człowiek.
- Jugson - zaczął Alastor - to tchórz. Uciekł po pierwszej lepszej Drętwocie.
-  Mimo wszystko Voldemort nadal trzyma go przy sobie - trafił Kingsley.
Szalonooki pośpieszył z wyjaśnieniem.
- Jego siostra, Caroline, jest dla niego zbyt ważna. Jeśli go zabije, ona najprawdopodobniej odejdzie.
- W takim razie unicestwiając ją, pozbędziemy się dwóch Śmierciożerców, czyż nie? - zabrałam po raz pierwszy głos, hardo patrząc na Alastora.
Wydawało mi się to całkiem logiczne. Bez swoistej ochrony w postaci siostry Jugson nie będzie miał co liczyć na tolerancję Czarnego Pana. To o dwie różdżki po przeciwnej stronie mniej.
- Bingo. - Uśmiechnął się Artur, kiwając głową z uznaniem.
- Już doszliśmy do takiego wniosku, Carrington - powiedział Moody, nawet na mnie nie patrząc.
Na usta cisnęła mi się cięta riposta, ale miałam trochę oleju w głowie, by nie mówić tego przy wszystkich.  Nie odezwałam się zatem, starając się nie mieć naburmuszonej miny jak czterolatek, który nie dostał zabawki. Chyba mi wyszło, bo zwrócił się do wszystkich zebranych.
- Naszym największym zmartwieniem powinna być groźba ataku na mugolskie wioski w Mendip - rzucił Auror, patrząc na wszystkich z kolei.
- To jakaś bzdura! Po co miałby nam mówić, który region chce zaatakować? W Mendip są tylko dwa miasteczka mugoli! Dwa! - krzyknęła Tonks, podnosząc się z krzesła.
- Chce odwrócić naszą uwagę od ważniejszego miejsca - mruknęłam, patrząc w stół.
- Siadaj, Andromedo - powiedział spokojnie, patrząc na nią twardo.
Włosy Tonks momentalnie przybrały barwę ognistej czerwieni.
- Nie mów do mnie Andromedo - cedziła każdą z głosek, prawie plując jadem w stronę Moody'ego.
Nakryłam twarz ręką, chcąc zniknąć stamtąd jak najprędzej.
Alastor spojrzał na nią tylko i zignorował jej słowa, podchodząc pod skrytą w cieniu ścianę.
- Wyślemy tam kogoś z Ministerstwa na wszelki wypadek - oświadczył Artur.
Przez chwilę nikt się nie odzywał, pogrążony we własnych myślach. Spojrzałam na Tonks, której włosy przybrały kolor niebieski. Miętosiła w dłoniach kwiecistą serwetkę, zaraz odkładając ją na stół. Potem zerknęłam na Moody'ego, który wyraźnie był czymś podenerwowany. Stukał rytmicznie laską o podłogę, intensywnie nad czymś rozmyślając. Jego sztuczne oko zatrzymało się w jednym miejscu, przyglądając się Albusowi Dumbledore'owi.
Dyrektor Hogwartu wstał i podszedł do kredensu. Wziął do ręki cukierniczkę i odkrył wieczko, to samo potem zrobił z pieprzniczką. Następnie oparł się o szafkę, przeczesując palcami bujną, białą brodę.
- Złośliwości są tutaj nie na miejscu - powiedział wolno, patrząc na każdego z nas. Zamilkł na chwilę, po czym dodał: - Powinniście poznać prawdziwy powód, dla którego tutaj się zebraliśmy.
Przeszedł do Minerwy McGonagall, siedzącej na przeciwko mnie. Kobieta zmartwionym wzrokiem spojrzała na Dumbledore'a.
- Albusie...
On jednak nie zwrócił na to uwagi.
- Do tej pory skupialiśmy się wyłącznie na Śmierciożercach, którzy stanowili jawne zagrożenie dla wszelkich istnień - rozpoczął, a jego twarz wyrażała zamyślenie. - Wydarzenia w Ministerstwie otworzyły nam oczy na to, w co usilnie nie chcieliśmy wierzyć.
Moody wyszedł z cienia, a jego sztuczne oko zmierzyło stół.
- Sądzimy, że jeden z uczniów Hogwartu przeszedł na stronę Voldemorta.
Spodziewałam się urywanych oddechów, krzyków czy czegokolwiek, jednak spotkałam się z bezwzględną ciszą. Nawet Stworek umilkł, a Walburgia przestała wrzeszczeć na półpiętrze.
- Malfoy... - powiedział wolno, składając palce w koszyczek.
- Malfoy? Ten dzieciak Lucjusza i Narcyzy miałby zostać Śmierciożercą? - zapytała drwiąco Molly.
- On jest pierwszą osobą, która mogłaby nim zostać - westchnął Artur, zerkając na Dumbledore'a.
Ten stał ponownie głęboko zamyślony.
- Znacie stosunek Lucjusza do Voldemorta. Dlaczego więc miałby nie oddać własnego syna w jego łaski? - zapytał retorycznie Kingsley i nikt nie śmiał podważać jego zdania.
- Przechodząc do sedna, potrzebujemy kogoś w Hogwarcie. Kogoś, kto będzie na tyle dyskretny, by dowiedzieć się, co knuje i ewentualnie temu zapobiec. Kogoś, kto łatwo dotrze do niego i na tyle inteligentnego, by nie dać się złapać - odparł Moody, a spojrzenia wszystkich spoczęły na mnie.
Wyprostowałam się jak struna, patrząc na nich zszokowana. Miałam jechać do Hogwartu w roli szpiega? Usilnie próbowałam zatrzymać gonitwę myśli i przemyślałam to logicznie. Jeśli to była prawda i on naprawdę został młodym Śmierciożercą, to mieliśmy duży problem. Z atakami na zewnątrz mogliśmy sobie poradzić, ale co będzie, jeśli zaatakują od wewnątrz? Hogwart był bardzo ważnym miejscem i chyba jedynym, w którym dzieci z niemagicznych rodzin były bezpiecznie. Co będzie, jeśli poplecznicy Voldemorta przekroczą mury szkoły? Nie chciałam o tym myśleć.
Wszyscy patrzyli na mnie z oczekiwaniem, czekając na moją reakcję. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam prosto w oczy Albusa Dumbledore'a.
- Zgoda.



Zebranie skończyło się niedługo później i większość osób wyszła z domu na Grimmuald Place. Te nieliczne osoby, które zostały, nadal siedziały przy stole na twardych krzesłach.
- Nieważne, w którym domu będziesz. Proces odbędzie się standardowo - powiedziała Minerwa, patrząc na mnie łagodnie.
- I pod koniec września masz końcowe testy aurorskie. Jeśli zdasz, przejdziesz dwumiesięczne szkolenie i zostaniesz pełnoprawnym Aurorem - uświadomił mnie Alastor, patrząc na mnie dziwnie. 
Tak, jakby z góry założył, że byłam zbyt słaba.
Mama złapała moja rękę, ściskając ją w pocieszającym geście. Posłałam jej mały, smutny uśmiech. Rozumiałam dwa tygodnie rozłąki, ale miesiące wydawały się ogromem czasu bez rodziców.
- Na święta przyjedziesz do domu - odparła mama, bezbłędnie odczytując moje myśli.
Zresztą nie pierwszy raz.
- Osobiście chciałbym, żebyś trafiła do dumnego domu Gryffindora. To stamtąd pochodzą najwięksi czarodzieje! - rzucił tata, napuszając się jak paw.
Kilka osób zachichotało, ale mama spojrzała na niego z pod byka.
- Jasnym jest, że zostanie Ślizgonką. Każdy Callière trafia do Slytherinu.
Tata się oburzył i kontynuował dziecinną sprzeczkę z mamą.
Albus spojrzał tylko na nich wesoło, a potem zwrócił się bezpośrednio do mnie.
- Jutro z Tonks udacie się na Pokątną, by kupić niezbędne przybory. - Posłałam mały uśmiech Tonks. - Oprócz tego, że twoja rola jest jasna, będziesz zwykłą uczennicą przystępującą do sprawdzianów, a i pisanie morderczo długich esejów cię nie ominie - mrugnął do mnie, a ja załamałam się lekko.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Wstawaliśmy już od stołu, kiedy Moody powiedział:
- Lepiej będzie, jeśli nie powiesz nic Potterowi, Weasleyowi i Granger o młodym Śmierciożercu. Najlepiej, jeśli nie będą o tym wiele wiedzieć.
Kiwnęłam tylko głową. Przy wyjściu zatrzymałam się w półkroku.
- A jeśli będę potrzebna tutaj? - zapytałam, patrząc z nadzieją na Albusa.
- Hogwart uznaje usprawiedliwienia.



- No, czego dotyczyło spotkanie? - Ron napadł mnie, gdy tylko przekroczyłam próg pokoju.
Wywróciłam oczami, siadając na swoim łóżku, które zajęte było przez Vincenta i rudego kota.
- Nie myślisz chyba, że ci powiem? - Uniosłam brwi, patrząc rozbawiona na chłopaka.
- Powiesz, powiesz - rzucili Fred i George, szukając czegoś w ogromnych walizkach.
Zacmokałam, kręcąc głową.
- Sprawy Zakonu, ściśle tajne. - Uśmiechnęłam się, gdy Ron załamał ramiona.
- Och, dajcie jej spokój - mruknęła Hermiona, podnosząc głowę zza książki.
- Hej, sama usychałaś z ciekawości! - żachnął się Fred, wskazując na nią oskarżycielsko palcem.
- Tak, ale znam umiar, chłopaki. Wiecie, co znaczy to słowo? - zapytała ironicznie, po czym wsadziła nos w książkę.
Westchnęłam tylko i spojrzałam na Harry'ego, który wyraźnie chciał coś powiedzieć. Jego wzrok był aż zanadto znaczący.
- Pytaj, Harry - mruknęłam, kładąc się na łóżku i poprawiając poduszkę pod głową.
Vincent ułożył się pod moją dłonią, chętny pieszczot. Rudy kot Hermiony także podszedł z drugiej strony i nastawił głowę. Podrapałam go za uchem i uśmiechnęłam się do niego, gdy łypnął na mnie brązowymi ślepiami. Jego pyszczek był dziwnie spłaszczony, a długi ogon miał upstrzony cętkami. Rozpoznałam w nim kuguchara.
- Byłaś tam wtedy... Wtedy, gdy to się stało - zaczął, nie nakreślając mi dokładnie, o co chodziło.
Nie potrafił powiedzieć tego na głos. Nie winiłam go, widząc, jaki ból malował się na twarzy chłopaka, gdy o tym wspominał.
- Syriusz był moim przyjacielem - powiedziałam cicho, gładząc koty. - Rozproszyłam jego uwagę.
Uniosłam głowę i przyjrzałam się Harry'emu. Z opowieści taty czy Remusa był niemal identyczną kopią Jamesa Pottera. Różniły ich tylko zielony kolor oczu. Zauważyłam, że mieliśmy całkiem podobne, moje jedynie były jaśniejsze.
- To niepr... - zaczął Fred.
- Nie było cię tam - przerwałam, jednak bez cienia złośliwości.
To było miłe, że próbował mnie pocieszyć, ale nie potrzebowałam tego.
- Widziałam, co zrobiłaś z Malfoyem. Everte statum jest zaklęciem trudnym do opanowania, które poznajemy dopiero na siódmym roku! - odparła Hermiona, próbując odwrócić naszą uwagę.
- Mogę cię kiedyś nauczyć, jeśli chcesz. - Uśmiechnęłam się do dziewczyny, a ona aż otworzyła usta i krzyknęła:
- Byłoby cudownie!
- To wina Bellatriks, nie twoja - uciął Harry, zagęszczając atmosferę w pokoju.
Nie odpowiedziałam, posadziłam tylko Vincenta na brzuchu. Ten skulił się w kłębek, zamykając oczy.
Harry chyba nie chciał kontynuować rozmowy, bo zaczął grzebać swoim kufrze. Po chwili wyjął z niego pudełko i wyciągnął kilka orzechów oraz podał je sowie znajdującej się w klatce obok jego łóżka. Była piękna. Duża, jej sierść była biała z kilkoma czarnymi akcentami. Jednak to jej oczy przyciągały największą uwagę -  żółte, z czarnymi źrenicami. Ptak zahukał cicho i pochłonął orzechy, dziobiąc przyjaźnie Harry'ego.
Coś mnie tknęło i rzuciłam się do swojego kufra, przewracając ubrania. Hermiona spojrzała na mnie zdziwiona i w końcu na samym dnie ją znalazłam. Wyciągnęłam fioletową książkę z krzykliwym, żółtym napisem na środku: "Magiczne sztuczki dla dużych czarodziejów" Teda Brooksa. Podałam ją Fredowi i George'owi, a im, jak ją zobaczyli, aż oczy błysnęły z podekscytowania.
- Znalazłaś! - krzyknął Fred, przyglądając się jej z każdej strony.
- Nie zapomniałaś! To jedyny egzemplarz w Anglii! - wrzasnął, chwytając mnie i gniotąc do siebie. Objęłam go ramionami i zaśmiałam się na ich dziecinną reakcję.
- Wykorzystamy ją w Magicznych Dowcipach Weasleyów!
- Skorzystamy z tego tylko w celach edukacyjnych - odparł Fred, zacierając ręce.
- Bracie, będziemy jeszcze bardziej rozchwytywani niż wcześniej!
- Zrobimy taki interes, że mucha nie siada!
- Masz u nas zniżkę, Ev - rzucili.
- Za pomoc w ulepszeniu i tak już niesamowitej spuścizny Weasleyów - Pokiwał głową, patrząc na mnie.
- No dobra, w większej mierze to będzie nasza zasługa, co nie, Fred?
- Co racja to racja, George - zgodzili się i przybili piątki.

2 komentarze:

  1. Rozdział bardzo fajny ;) tak myślałam, że Ev będzie szpiegiem ciekawe tylko co z tego wyniknie
    Czekam na next!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    zapraszam do mnie na nowy rozdział
    http://ingis-at-glacies-dramione.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział. Ev szpiegiem, ale się porobi. Czekam na dalszą część 😊

    OdpowiedzUsuń