czwartek, 14 stycznia 2016

4. Pokątna

Miało nie być rozdziału, a jednak dodaję. Musiałam napisać kilka słów właśnie dzisiaj, czternastego stycznia dwa tysiące szesnastego roku. Alan Rickman przegrał walkę z chorobą, której się nie pokłonił, a zaciekle walczył. O życie, przyszłość, aby móc patrzeć pogodnie na jutro.
Dlatego wstawiam tutaj te słowa, by móc połączyć się bólem z innymi fanami Harry'ego Pottera i Severusa oraz powoli poradzić sobie ze stratą. Bo niewątpliwie Śmierć ponownie zebrała żniwo i odebrała nam kogoś, kto pokazał, czym jest prawdziwa miłość.

Uczcijmy minutą ciszy człowieka, który dziś odszedł i znalazł się w lepszym miejscu.



Różdżki w górę!


~



Nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam na Pokątnej, a już tym bardziej nigdy kilka dni przed rokiem szkolnym. Ludzie niemal nachodzili na siebie, nie mieszcząc się w i tak szerokich ulicach. Szpiczaste czapki czarownic ograniczały mi pole widzenia, które i tak było niewielkie przez wysokie postaci czarodziejów. Jedynym dźwiękiem, który słyszałam, był wielki hałas tak głośny, że nie rozróżniałam swoich myśli, a strzępki rozmów zlewały się ze sobą, tworząc potok niezrozumiałych dla mnie słów. Stanęłam na palcach i wskazałam Bank Gringotta, którego dach widziałam na horyzoncie, a Tonks kiwnęła głową, nie próbując nawet przekrzyczeć rozgardiaszu.
Przekroczyłyśmy próg budynku i przeszłyśmy przez duży hol, po stronach którego ustawione były stanowiska goblinów. Nie zwracały zbytniej uwagi na przybywających, zajęte swoją pracą, a jednak czułam się nieswojo, gdy kilka z tych stworzeń zaczęło mnie bacznie obserwować, jakby widząc we mnie potencjalnego złodzieja. Ich małe oczka świdrowały nas, śledząc każdy ruch.
Przy kontuarze stała jakaś kobieta z na oko jedenastoletnim chłopcem. Dziecko zachwycone rozglądało się wokół, wyciągając krótką szyję jak najwyżej i nagle jego palec wystrzelił w górę. Pociągnął uporczywie kobietę za rękaw i pokazał coś, błyszczącymi oczami z podekscytowania przyglądając się sufitowi. Kobieta zerknęła tylko i kiwnęła głową, łapiąc go za rękę oraz przyciągnęła dziecko do siebie. Spojrzałam na punkt, który pokazywał i moim oczom ukazał się wspaniały, kryształowy żyrandol zawieszony wysoko nad nami. Był piękny.
- Nie mamy jakiegoś klucza czy coś? - zapytałam Tonks, obserwując, jak goblin podaje złoty kluczyk kobiecie.
Tonks zachichotała cicho.
- Chyba żartujesz. Wasz skarbiec jest zbyt stary, żeby był zamknięty na jakiś marny kluczyk.
Uniosłam brwi, czując się co najmniej głupio. Nie miałam pojęcia, jak wyglądała nasza skrytka i co w niej było.
Kobieta wreszcie oddaliła się, a jej syn poszedł posłusznie z nią. Przesunęłyśmy się w lewo.
- Słucham? - zapytał goblin, patrząc na nas podejrzliwie.
Tonks odchrząknęła i powiedziała poważnie:
- Evangeline Carrington chciałaby otworzyć swoją skrytkę.
Goblin wychylił się za kontuar i przyjrzał mi się badawczo, mierząc każdy centymetr mojej twarzy z zadziwiającą dokładnością. Zmrużył oczy i zawołał któregoś z goblinów. Ten przyszedł i podał mu dziwny przedmiot.
- Próbnik tożsamości. Przy zejściu na najniższe piętra potrzebna jest identyfikacja godności - wyjaśnił nowoprzybyły goblin, machając rzeczą wokół mnie.
Goblin podał rzecz pracownikowi obsługującemu nas, a ten przyjrzał się mu i spojrzał na mnie.
- Jedyny dziedzic rodu Callière - mruknął, a w jego głosie pobrzmiewała nuta zdziwienia.
Zerknęłam na Tonks, a ta wzruszyła tylko ramionami.
- Za mną - rzucił przez ramię goblin i udałyśmy się za nim.
Zeszliśmy w podziemia i usiedliśmy w dziwnym pojeździe znajdującym się na szynach. Całe pomieszczenie było ogromne i mroczne, cienie tańczyły złowrogo na ścianach, które rozświetlane były jedynie słabo tlącymi się pochodniami. Machina ruszyła nagle i mocno szarpnęło nami do tyłu. Świszczało mi w uszach, gdy z zawrotną prędkością pokonywaliśmy kolejne piętra, Przed nami pojawiła się woda, przez którą przejechaliśmy i aż zaszczękałam zębami na jej przenikające zimno.
- Wodospad Złodzieja - szepnęła Tonks.
Był jednym z zabezpieczeń Banku Gringotta. Zmywał wszelkie przebieranki, niwelował nawet działanie Eliksiru Wielosokowego. Nie bez powodu bank został okrzyknięty najbezpieczniejszym miejscem na świecie zaraz po Hogwarcie.
W końcu pojazd się zatrzymał przed ogromnymi wrotami.
- Potrzymać. - Podał mi lampę, a sam wyszedł z pojazdu.
- Oddać.
Stanęłam na twardym gruncie, przyglądając się goblinowi. Wyciągnął dłoń z długimi szponami i przejechał nią pionowo po drzwiach, a z każdym jego ruchem zamki otwierały się, wydając cichy odgłos. W końcu stanął z boku i wrota otworzyły się przed nami, ukazując majątek mojej rodziny.
Otworzyłam usta z wrażenia, widząc stosy piętrzących się galeonów. Pomieszczenie było wielkie i błyszczące od znajdujących się w nim skarbów. Oprócz monet znajdowały się tam puchary, sztabki, niektórych rzeczy nawet nie potrafiłam nazwać. Weszłam do skarbca sama, odwracając się w stronę Tonks, która urzeczona wpatrywała się w zawartość skrytki.
- Cholera, Ev, naprawdę jesteś arystokratką - szepnęła, podchodząc do mnie.
Zaśmiałam się, patrząc na nią kątem oka.
- Nie wiedziałam, że miałaś jakieś wątpliwości - powiedziałam, czekając na jej reakcję.
- Nie miałam, ale zobaczyć coś takiego... Nie jesteś stereotypowym arystokratą, dlatego łatwo o tym zapomnieć.
- Czyli powinnam tępić czarodziejów półkrwi i  z mugolskich rodzin oraz uważać się za lepszą?
- Merlinie, nie! Odwołuję wszystko - żachnęła się, a kolor jej włosów zmienił barwę na zieloną.
Pokiwałam z uśmiechem  głową i wyjęłam sakiewkę. Powiększyłam jej wnętrze zaklęciem i stanęłam jak słup.
- Ile ja mam tego wziąć? - zapytałam, patrząc na złoto.
- To zależy, czy oprócz standardowych zakupów chcesz kupić coś jeszcze, panno Callière ze starożytnego rodu czarodziejów.
Spojrzałam na nią spod byka i zgarnęłam galeony, nie licząc dokładnie, ile brałam.
- Nie zapomnij o miotle i Hogsmeade - Puściła mi oczko.
Spojrzałam na nią, stojącą w wejściu.
- Sugerujesz, że mam dołączyć do drużyny Quidditcha? - rzuciłam, zastanawiając się nad jej pomysłem, gdy kiwnęła głową.
Mój tata i dziadek byli ścigającym w drużynie Gryfonów i pewnie cieszyłby się, gdybym podtrzymała tradycję. Co innego, jeśli trafiłabym do innego domu. Nie byłby już taki zadowolony, gdybym zdobyła puchar jako szukający przeciwnikom. Ależ ty jesteś pewna siebie.
- Dobra - oświadczyłam i zagarnęłam jeszcze sporą garść galeonów.



W przeciągu dwóch godzin odwiedziłyśmy aptekę pana Mulpeppera, by Tonks mogła kupić potrzebne składniki do eliksirów Zakonowi, sklep z kotłami, w którym zakupiłam zwykły kociołek, Esy i Floresy, a gdy chwyciłam wszystkie książki potrzebne na szósty rok, nogi się pode mną ugięły. Tonks, podobnie jak wszystkie zakupy, przeniosła je chwilę później na Grimmuald Place. Najwięcej czasu spędziłyśmy jednak u Madame Malkin, gdzie przemiła kobieta postawiła mnie na stołku i zmierzyła dokładnie całe moje ciało.
Gdy zeszłam z krzesła, a pani Malkin kazała poczekać na uszytą szkolną szatę, przyjaciółka porwała mnie do stojaków, pokazując balowe suknie. Przesuwała wieszaki w zawrotnym tempie, szukając najładniejszej. Przystawiła jedną z nich do mnie, okiem krytyka lustrując moją posturę:
- Cholera, dlaczego nie rosłaś, gdy miałaś na to czas? - mruknęła, odkładając sukienkę.
Założyłam ramiona na piersi i spojrzałam na nią wzrokiem Bazyliszka. Tonks tylko poczochrała mnie po włosach i rozbawiona patrzyła na mnie, gdy warknęłam, usilnie próbując poprawić fryzurę. Odwróciłam się i wyjęłam pierwszą lepszą suknię i pokazałam ją dziewczynie. Sukienka była niebywale ozdobna, oślepiająca blaskiem mieniących się różnokolorowych cekinów.
- Będzie pasowała ci do włosów - rzuciłam złośliwie, patrząc na nią zadowolona ze swojej wyjątkowo ciętej uwagi.
Tonks tylko spojrzała na mnie i zaciskając usta w cienką linię, wróciła do przeglądania sukien.
- Panienko, twoja szata jest gotowa. - Kobieta podała mi torbę z ubraniem i podziękowałam grzecznie, pożegnałam się i wyszłyśmy ze sklepu.
Następnie odwiedziłyśmy miejsce z piórami mieszczące się zaraz obok Madame Malkin, aż w końcu dotarłyśmy do sklepu z miotłami i przyborami. Urzeczona stanęłam przed wystawą, wpatrując się w Błyskawicę. Jej trzon był wypolerowany i lekko odbijał słońce, a żelazne obręcze ukazywały nasze postacie. W wyobraźni już śmigałam na tej miotle w przestworzach, moje długie, ciemnobrązowe włosy rozwiewał wiatr, a ja gnałam z zawrotną prędkością, zostawiając wszystkie zmartwienia pode mną.  Pociągnęłam szybko Tonks do środka.
Pomieszczenie pachniało drewnem i środkami polerującymi. Półki wypełnione były różnymi przedmiotami do Quidditcha, począwszy od kafli po pałki dla pałkarzy. Chwyciłam złotego znicza i przyjrzałam się małej, złotej piłce, która na mojej dłoni rozwinęła skrzydła i pofrunęła przed moją twarz. Powędrowałam za nią wzrokiem, skupiona na jednym, zdobionym punkcie, gdy machając szybko skrzydłami, przemieszczała się z jednego boku mojej głowy do drugiego. Rozpoznawszy moment, chwyciłam ją szybko w dłoń i odłożyłam do pudełka.
- Refleks szukającego - odezwał się głos za mną.
Odwróciłam się szybko i dostrzegłam staruszka z dobrotliwym uśmiechem. Uśmiechnęłam się nieśmiało, gdy spojrzał na mnie i odwrócił się lekko.
- Potrzebujesz miotły - stwierdził lekko  i podszedł do stanowiska.
Mężczyzna wyjął jedną z nich. Dostrzegłam na jej czarnej rączce napis "Nimbus 2001".
- To jedna z najszybszych stworzonych mioteł.
Odłożył ją i pokazał mi kolejną.
- W zasadzie... To myślałam nad tą miotłą. - Podeszłam do wystawy i ponownie zachwyciłam się nad prostym, choć eleganckim wyglądem przedmiotu.
Staruszek spojrzał na obiekt mojego zachwytu i jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu.
- Błyskawica? To najdroższa miotła - Podniósł ją i przyjrzał się jej.
Jego białe, krzaczaste brwi powędrowały  w górę, kiedy pokiwałam głową z uśmiechem.
- Dobrze, cóż, witki z brzozy są wydajne przy wysokich lotach, a leszczyna gwarantuje dynamiczność - wyjaśnił, przystając w wejściu na zaplecze.
Bez wahania odpowiedziałam.
- Leszczyna.



- No co? - zapytałam Tonks, gdy wyszłyśmy ze sklepu.
- Nie wierzę, że kupiłaś coś tak drogiego. - Pokręciła głową, patrząc, jak z zachwytem przyglądałam się miotle.
- To nie coś, tylko Błyskawica - rzuciłam obronnym tonem, głaskając śliskie, czarne opakowanie.
- Jesteś chora.
- I jestem twoją najlepszą przyjaciółką - Wyszczerzyłam się i odesłałam pakunki do domu na Grimmuald Place.
Ostatnim punktem było Centrum Handlowe Eeylopa, ponieważ zapragnęłam mieć własną sowę. Naszego rodzinnego puchacza Edwarda nie mogłam zabrać ze sobą, bo był potrzebny rodzicom, a i tak chyba mnie nie lubił. Dziobał mnie, gdy próbowałam odebrać list, a potem hukał, jakby śmiał się ze mnie i mojego czerwonego od krwi palca.
Obok znajdowała się magiczna menażeria, od której Tonks siłą musiała mnie odciągnąć. Wiedziała, że jeśli pozwoliłaby mi tam wejść, kupiłabym prawdopodobnie kolejne zwierzę. Wychodziłam z założenia, że Vincenta i tak nic nie zastąpi, chociaż jakimś puszkiem pigmejskim czy pufkiem nie pogardziłabym.
W sklepie klatki z hałasującymi sowami piętrzyły się po sam sufit. Zewsząd dobiegało mnie popiskiwanie, a ptaki mniejsze i większe poruszały się niespokojnie po żerdzi. W pomieszczeniu było kilka osób, każda z nich zajęta była podziwianiem pięknych zwierząt. Obejrzałam niektóre z nich dokładnie, napawając się ich upierzeniem i kolorem oczu. Rozpoznałam w nich sowę śnieżną podobną do Hedwigi, Świstoświnki Weasleyów i Edwarda.
Wybór był bardzo trudny. Jedna z sów, gdy tylko do niej podeszłam, łypnęła na mnie groźnie żółtymi ślepiami. Wycofałam się szybko i odwróciłam wzrok. Patrzyłam na każdą z piszczących sów i wtedy ją zobaczyłam. Była przepiękna. Duża, jej upierzenie było białe z wieloma brązowymi piórami, idealnie ze sobą współgrającymi. Miała sporą, proporcjonalną głowę i ciemne obramowanie, wokół oczu i raczej niewielkiego dzioba miała kremowo-białe cętki. Jej szyja pokryta była małymi, brązowymi piórkami z białymi akcentami. Za to największą uwagę zwracały jej oczy. Były ciemne niczym bezgwiezdna noc.
Sowa była idealna. Ptak jako jedyny w całym pomieszczeniu milczał, świdrując mnie spojrzeniem ciemnych oczu. Chwilę wpatrywałyśmy się w siebie, nie mogłam odwrócić wzroku od jej ślepi. Czułam, jakby dogłębnie mnie przenikała, wkradając się w moją duszę i wszystko odkrywając.
Otrząsnęłam się i uśmiechnęłam do swojej sowy, wyciągając ręce po klatkę. Stanęłam na palcach i próbowałam dosięgnąć uchwytu, jednak bezskutecznie. Cholera jasna, warknęłam w myślach i już odwracałam się do Tonks, by ją zawołać, gdy ręka należąca bez wątpienia do czarnoskórej osoby chwyciła bez problemu rączkę. Miałam zamiar nawtykać delikwentowi za kradzież mojej sowy, gdy postać podała mi ją. 
Spojrzałam w lewo i zobaczyłam klatkę piersiową chłopaka. Zadarłam głowę i ujrzałam mały, tajemniczy uśmiech przyczepiony do przystojnej twarzy. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za zdjęcie klatki. Myślałam, że po tym odejdzie, ale on został i wyciągnął prawą dłoń.
- Blaise Zabini.
Gdzieś na pewno słyszałam to nazwisko, ale w tamtej chwili nie mogłam sobie przypomnieć.
Barwę głosu miał ładną, chociaż doszukałam się w niej czegoś zarozumiałego. Typowy głos arystokracji.  
Musiałam się przedstawić. Nie mogłam użyć swojego prawdziwego nazwiska, bo od razu wiedziałby, kim jestem. Moi rodzice byli znanymi Aurorami, bądź co bądź. Byłabym spalona na samym początku. 
- Evangeline Daves- odpowiedziałam szybko, podając mu dłoń. 
Użyłam nazwiska znanej mugolskiej aktorki, do której wzdychał Ron. W Norze nawet miał jej album ze zdjęciami i  wszelkimi informacjami. Ona jako pierwsza przyszła mi do głowy, niestety. Merlinie, on mi nie da spokoju. 
Potrząsnął lekko moją dłonią, a jego uśmiech poszerzył się. Włożył  ręce w kieszenie czarnych spodni. Przyjrzał mi się i zmarszczył brwi, mówiąc:
- Nie widziałem cię w Hogwarcie - stwierdził.
Potrząsnęłam głową.
- Bo mnie tam nie było - odpowiedziałam krótko. 
Pokiwał głową, uśmiechając się półgębkiem. 
- Tak myślałem. Mało jest tam takich ślicznych dziewczyn jak ty, od razu bym cię zapamiętał  - rzucił z rozbrajającym uśmiechem, a ja zdębiałam.
Podrywał mnie i wcale się z tym nie krył. Moje policzki zrobiły się czerwone i nie wiedziałam, jak miałam odpowiedzieć. Blaise był bardzo pewny siebie i czułam się przez to niezręcznie.
- Dzięki - mruknęłam prawie niesłyszalnie, błądząc wzrokiem po sklepie.
- Nie musisz dziękować za prawdę - Puścił mi oczko i rozejrzał się, nie dając mi możliwości odpowiedzenia. 
- Jesteś tu sama?
- Z przyjaciółką, ale...
Odruchowo zerknęłam na Tonks, która zarzucony miała kaptur na głowę i wyglądała przez okno sklepu. Od razu zrozumiałam jej zamiar, więc popatrzyłam na ludzi dla niepoznaki, by nie nabrał podejrzeń.
- Ale wyszła. - Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na niego, patrząc na jego mimikę. 
Wewnętrznie odetchnęłam. Przestąpiłam z nogi na nogę, odczuwając ciężar klatki z sową.
- Mam nadzieję, że widzimy się w Hogwarcie - rzucił i zaczął się oddalać. 
Kiwnęłam głową i dmuchnęłam w kosmyki włosów wpadające mi do oczu. Wypuściłam powietrze z płuc, gdy Tonks podeszła do mnie, zdejmując kaptur. 
- Zabini - mruknęła, roztrzepując krótkie włosy. - Jeśli on tu jest, jego kolega Śmierciożerca też musi gdzieś być.
Kiedy Tonks wypowiedziała swoim melodyjnym głosem nazwisko chłopaka, od razu przypomniałam sobie, skąd je kojarzyłam. Był synem Śmierciożercy i kobiety, która słynęła z... hobby do zmieniania sobie mężczyzn i zagarniania ich majątków. 
Zapłaciłam za sowę i przeniosłam ją na Grimmuald Place. 
Wyszłyśmy z Pokątnej i pożegnałyśmy się. Tonks teleportowała się do Ministerstwa, ja zaś do domu Blacków. Potarłam kark i weszłam do kuchni, która świeciła pustkami. Przystanęłam i zaczęłam nasłuchiwać, dziwiąc się bezwzględnej ciszy, która panowała w dużym domu. Wzruszyłam potem ramionami i wzięłam coś do jedzenia, po czym udałam się na piętro do pokoju. Napotkałam wokół łóżka ogrom rzeczy, które kupiłam na Pokątnej. Musiałam przyznać, że kilka rzeczy było mi zupełnie zbędnych.
Zjadłam szybko, czym uciszyłam burczący żołądek i usiadłam na łóżku. Spojrzałam na Vincenta, który siedział na podłodze i zamiatając ogonem kurze, z nastroszonymi uszami przyglądał się ciekawie ptakowi. Podejrzewałam, że zastanawiał się, jakby smakowała i ile miałby z nią zabawy. 
- Nic z tego, kocie. - Pogłaskałam go i podrapałam za uchem.
Wstałam do sowy i wsadziłam ostrożnie palec między kratki. Ptak popatrzył chwilę na niego i dziabnął mnie lekko, ale nie było to bolesne. Otworzyłam klatkę i dotknęłam ją, po czym pogłaskałam po miękkich piórach. 
Podeszłam do książek i wyjęłam pierwszą. z brzegu. Przewertowałam podręcznik do Obrony przed Czarną Magią, zapoznając się z przypadkowymi zaklęciami. Westchnęłam ciężko, gdy któreś z kolei zaklęcie było mi dobrze znane. Zamknęłam książkę z hukiem, mimochodem rzucając okiem na okładkę. Mały, złoty napis umieszczony był na dole, informujący o nazwisku autorki - "Eleonora Blacksild". Spojrzałam na sowę, która przyglądała mi się ciemnymi, hipnotyzującymi ślepiami. 
- Eleonora. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się, gdy sowa zahukała cicho.



Weasleyowie wrócili przed zmierzchem i szumnie weszli do pokoju, w którym czytałam podręcznik do Transmutacji. 
- Zgadnij, co to jest. - Wyciągnął dłoń, patrząc na mnie z rosnącym podekscytowaniem.
Przyjrzałam się małemu węglikowi i spojrzałam na niego powątpiewająco. 
- Peruwiański proszek natychmiastowej ciemności? - zapytałam, a uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Nie. Tak. Nie jakiś zwykły proszek, masz nas za osły? - oburzył się Fred.
- To proszek gigantycznej ciemności! Nasz nowy wynalazek - oświadczyli z dumą, jakby co najmniej wynaleźli przeciwzaklęcie na Avadę Kedavrę.
- Gigantyczna ciemność, hm? 
- No, natychmiastowa ciemność działała tylko na mały obszar. Gigantyczna działa na wszystko! Moglibyśmy zgasić światła w całym Hogwarcie albo nawet na całym świecie! 
- Nie zapędzajcie się tak - powiedziała poważnie Hermiona, wchodząc do pokoju, w dłoni trzymała szklankę z sokiem dyniowym. 
Popatrzyłam tylko na nich i przeczuwając kłótnię, zatopiłam się z powrotem w lekturze. 



Niemal oszaleli, gdy powiedziałam im o Hogwarcie. Ron prawie wyrwał swoje rude włosy z głowy i zaczął wykonywać ruchy, które prawie przypominały jakikolwiek taniec. Potem przytulił mnie mocno i niemal złamał mi żebra.
Nie pytali o nic. ale usiedli w kółku i zaczęli gdybać, ile czasu Malfoy będzie potrzebował, aby stać się Śmierciożercą. Usiadłam z nimi, chociaż byłam cicho. Jeśli dowiedzieliby się, że prawdopodobnie już nim został, pogrążyliby go jeszcze bardziej. Jasnym było, że jedynym, co ich łączyło, była nienawiść.



2 komentarze:

  1. Wspaniały rozdział 😊
    Życzę weny i czekam na następny 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo fajny rozdział, przyjemnie mi się czyta, zważywszy na to, że to już czwarty! Ja mam dopiero jeden rozdział, ale i tak Cię zapraszam do wyrażenia swojej opinii.
    (..)i zaczął wykonywać ruchy, które prawie przypominały jakikolwiek taniec.
    Chcialabym to zobaczyć. :)
    http://potter-lily.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń